|
|
RZUCANIE "KOBIETĄ" W XVII wieku słowo "kobieta" znaczyło w odpowiednim kontekście tyle co nierządnica. O kobietach mówiono zaś niewiasty lub białogłowy. "Męże was ku większemu zelżeniu kobietami zowią" - pisał Marcin Bielski w "Sejmie niewieścim". Mówiąc o kiepskiej pogodzie, nie myślimy o tym, że w staropolszczyźnie nie było ostrzejszego wulgaryzmu niż "kiep". Było to obsceniczne określenie żeńskiego organu płciowego. Z kolei "kutas" jeszcze 150 lat temu funkcjonował jako neutralne określenie frędzla, co widać choćby w "Panu Tadeuszu", gdzie przy pasach wisiały "gęste kutasy jak kity". W XVII wieku, mówiąc o "gięciu", myślano o odbyciu stosunku płciowego. Potem słowo to stało się neutralne, zaś obecnie znowu nabiera pejoratywnego znaczenia: o kimś niespełna rozumu mówi się "pogięty". "Dupa", która kiedyś była po prostu dziuplą, po okresie wulgarnym wchodzi w neutralny. Językoznawcy uważają, że już wkrótce słowo to będzie oznaczać atrakcyjną kobietę. Asymilowaniu i obłaskawianiu wulgaryzmów sprzyja kino. Amerykańscy malediktolodzy (specjaliści od przekleństw: male dictum to po łacinie lżenie) obliczyli, że w latach 20. i 30. w kinie nie używano wulgaryzmów, w latach 60. na jeden film przypadało 1,6 przekleństwa, a u progu lat 90. już 100!
REKLAMA
BLUZG STAROPOLSKI W szlacheckiej Rzeczypospolitej słów uznawanych dziś za obelżywe używano powszechnie. Robili to też dostojnicy państwowi - nawet w oficjalnych wystąpieniach. Kasztelan rawski Filip Wołucki, którego w "Karafce La Fontaine'a" opisuje Melchior Wańkowicz, w liście do króla Zygmunta III wzywał: "Tego Szwedzika wisielca mierzionego bijcie, tłuczcie, żeby wiedział ten skurwysyn, co jest z Królem Jegomością żartować". Tolerowano używanie przekleństw i epitetów w obecności kobiet. Wiązał o się to - jak twierdzi Zbigniew Kuchowicz, autor "Miłości staropolskiej" - z "prastarą, pozbawioną pruderii, ludową koncepcją miłości". Jacek Lewinson, autor "Słownika seksualizmów polskich", zauwa ża, że w czasach renesansu o seksie mówiono otwarcie w najlepszym towarzystwie. Zaczęło się to zmieniać dopiero w okresie kontrreformacji. Jednak do końca XVIII wieku obecność wulgaryzmów, w tym nacechowanych seksualnie, w języku elit była powszechna. Król Stanisław August Poniatowski nagradzał nawet autorów co pieprzniejszych tekstów. Poeci baroku, w tym Wacław Potocki i Andrzej Morsztyn (autor fraszki zaczynającej się od słów "Sameś skurwysyn, kurwa twoja żona"), wulgaryzmów używali nagminnie. Również twórca literackiej polszczyzny Jan Kochanowski oraz duchowieństwo, choćby biskup Ignacy Krasicki, nie unikali używania przekleństw. Dopiero na początku XIX wieku wulgaryzmy zaczęły znikać z języka, co wiązało się ze znacznie większą pruderią niż w czasach szlacheckich. - Staropolszczyzna miała kilkadziesiąt określeń na każdy anatomiczny szczegół czy czynność seksualną. Później zaczął się trwający do dziś regres w wulgarnym słownictwie - mówi Jacek Lewinson. Dziś, jak zauważa prof. Maciej Grochowski, zostało pięć podstawowych, znanych wszystkim, wulgarnych słów.
Gięcie kobiet
RZUCANIE
"KOBIETĄ" W XVII wieku słowo "kobieta"
znaczyło w odpowiednim kontekście tyle co nierządnica. O kobietach
mówiono zaś niewiasty lub białogłowy. "Męże was ku większemu
zelżeniu kobietami zowią" - pisał Marcin Bielski w "Sejmie
niewieścim". Mówiąc o kiepskiej pogodzie, nie myślimy o tym, że w
staropolszczyźnie nie było ostrzejszego wulgaryzmu niż "kiep". Było to
obsceniczne określenie żeńskiego organu płciowego. Z kolei "kutas"
jeszcze 150 lat temu funkcjonował jako neutralne określenie frędzla, co widać
choćby w "Panu Tadeuszu", gdzie przy pasach wisiały "gęste kutasy
jak kity". W XVII wieku, mówiąc o "gięciu", myślano o
odbyciu stosunku płciowego. Potem słowo to stało się neutralne, zaś obecnie
znowu nabiera pejoratywnego znaczenia: o kimś niespełna rozumu mówi się
"pogięty". "Dupa", która kiedyś była po prostu
dziuplą, po okresie wulgarnym wchodzi w neutralny. Językoznawcy uważają, że już
wkrótce słowo to będzie oznaczać atrakcyjną kobietę. Asymilowaniu i
obłaskawianiu wulgaryzmów sprzyja kino. Amerykańscy malediktolodzy
(specjaliści od przekleństw: male dictum to po łacinie lżenie) obliczyli, że w
latach 20. i 30. w kinie nie używano wulgaryzmów, w latach 60. na jeden
film przypadało 1,6 przekleństwa, a u progu lat 90. już 100! BLUZG STAROPOLSKI W szlacheckiej Rzeczypospolitej
słów uznawanych dziś za obelżywe używano powszechnie. Robili to też
dostojnicy państwowi - nawet w oficjalnych wystąpieniach. Kasztelan rawski Filip
Wołucki, którego w "Karafce La Fontaine'a" opisuje Melchior
Wańkowicz, w liście do króla Zygmunta III wzywał: "Tego Szwedzika
wisielca mierzionego bijcie, tłuczcie, żeby wiedział ten skurwysyn, co jest z
Królem Jegomością żartować". Tolerowano używanie przekleństw i
epitetów w obecności kobiet. Wiązał o się to - jak twierdzi Zbigniew
Kuchowicz, autor "Miłości staropolskiej" - z "prastarą,
pozbawioną pruderii, ludową koncepcją miłości". Jacek Lewinson, autor
"Słownika seksualizmów polskich", zauwa ża, że w czasach
renesansu o seksie mówiono otwarcie w najlepszym towarzystwie. Zaczęło
się to zmieniać dopiero w okresie kontrreformacji. Jednak do końca XVIII wieku
obecność wulgaryzmów, w tym nacechowanych seksualnie, w języku elit była
powszechna. Król Stanisław August Poniatowski nagradzał nawet
autorów co pieprzniejszych tekstów. Poeci baroku, w tym Wacław
Potocki i Andrzej Morsztyn (autor fraszki zaczynającej się od słów
"Sameś skurwysyn, kurwa twoja żona"), wulgaryzmów używali
nagminnie. Również twórca literackiej polszczyzny Jan Kochanowski
oraz duchowieństwo, choćby biskup Ignacy Krasicki, nie unikali używania
przekleństw. Dopiero na początku XIX wieku wulgaryzmy zaczęły znikać z języka,
co wiązało się ze znacznie większą pruderią niż w czasach szlacheckich. -
Staropolszczyzna miała kilkadziesiąt określeń na każdy anatomiczny
szczegół czy czynność seksualną. Później zaczął się trwający do
dziś regres w wulgarnym słownictwie - mówi Jacek Lewinson. Dziś, jak
zauważa prof. Maciej Grochowski, zostało pięć podstawowych, znanych wszystkim,
wulgarnych słów. INTELEKTUALIŚCI WYPIERDALAĆ! Prof. Jerzy Bralczyk
przypomina, że wulgaryzmy są niezbędne w każdym języku, bo nie tylko nazywają
pewne czynności, ale też ustalają językowe tabu. Jak zauważa Bartek Chaciński,
autor "Wypasionego słownika najmłodszej polszczyzny", takie słowa są
także po to, by użyć ich jeden raz w życiu, aby zabrzmiały odpowiednio mocno.
Wtedy stają się nawet czymś w rodzaju aforyzmów. Słynna jest anegdota o
Janie Himilsbachu, który wkroczył pijany do warszawskiego Spatifu i
wrzasnął: "Intelektualiści wypierdalać!". "Nie wiem jak wy,
panowie, ale ja wypierdalam" - miał na to odrzec Gustaw Holoubek. Aktorka
Kalina Jędrusik mawiała, że tylko prawdziwa dama potrafi powiedzieć "kurwa
mać!". Twórcy - od Mikołaja Reja, przez autora "Sztuki
jebania" hrabiego Aleksandra Fredrę, poetę Andrzeja Bursę ("mam w
dupie małe miasteczka"), Kazika Staszewskiego (pytającego w piosence:
"Coście, skurwysyny, uczynili z tą krainą?"), po bohatera "Dnia
świra" Marka Koterskiego ("Dżizus, kurwa, ja pierdolę") - używają
wulgaryzmów dla podkreślenia artystycznej ekspresji. Nie jest to zresztą
specyfika polszczyzny, bo podobnie traktują język angielski pisarze - Salman
Rushdie, Martin Amis czy David Lodge. KLĄĆ DLA ZDROWIA I
WOLNOŚCI Asymilowanie wulgaryzmów to nie tylko
dowód demokratyzowania się języka, ale także pełnienia przezeń
terapeutycznych funkcji. Prof. Leonid Kitajew-Smyk, badający stres u rosyjskich
kosmonautów, wykazał, że wulgaryzmy pozwalają rozładować napięcie.
Największy wpływ na zmianę nastawienia do wulgaryzmów w kulturze Zachodu
miała rewolucja obyczajowa lat 60. Tacy artyści, jak Henry Miller, Allen
Ginsberg, Jim Morrison czy Neil Young, ucywilizowali wulgaryzmy i seksualizmy.
Polszczyzna nie przeszła tego procesu z prostego powodu - zablokowała go cenzura
(komuniści znani byli jako bojownicy purytanizmu obyczajowego i językowego).
Szybka asymilacja wulgaryzmów w języku publicznym w ostatnim
piętnastoleciu wynika w jakimś sensie z nadrabiania tego zapóźnienia.
Zresztą Polacy nie przeklinają obecnie częściej niż w czasach PRL, tyle że wtedy
robili to wyłącznie w domu. Teraz rozdzielone kiedyś języki prywatny i oficjalny
po prostu się połączyły. W ostatnich latach wzrosło przyzwolenie dla
publicznego używania wulgaryzmów. Według badań CBOS, 75 proc.
uczniów i studentów nie rażą przekleństwa. Młode pokolenie
traktuje możliwość używania wulgaryzmów jako jedną ze swobód
obywatelskich. Podobnie działo się w latach 80. w USA, kiedy wulgaryzmy były
tak traktowane przez muzyków rockowych i rapowych. Teraz ten proces
obserwujemy w polskim hip hopie. Wulgaryzmy nie są żadnym zagrożeniem dla języka
i kultury. Znacznie większym zagrożeniem jest brak sensu w wypowiedziach.
KUBA WOJEWÓDZKI Wulgaryzmy są wpisane w
konwencję mojego programu. Nie będę cenzurować swoich gości. Przekleństwa są
częścią języka i udawanie, że ich nie ma, jest hipokryzją. Jeśli przed programem
Mariusz Czerkawski chwalił się, że umie przeklinać w kilku językach, to nie ma
powodu, by tego nie zaprezentował. ZBIGNIEW
WODECKI To, że używam wulgaryzmów, było widać w
programie "Mamy cię". Nie mam sobie w tej kwestii nic do zarzucenia.
Soczysta "kurwa" pomaga mi w walce ze stresem. Wolę to niż
okazywanie agresji w inny sposób. JAROSŁAW
KACZYŃSKI To nie ja wymyśliłem określenie TKM (Teraz Kurwa
My), ja je jedynie spopularyzowałem. Usłyszałem je wcześniej od jednego z
kolegów. Ja sam nie przeklinam. Pod tym względem z ugrupowań sejmowych
najbliższa jest mi LPR. MACIEK MALEŃCZUK Przeklinający cham jest tylko prostakiem, co innego twórca,
który wie, co mówi. Nie mam zaufania do ludzi, którzy nie
piją wódki i nie przeklinają. Dla mnie są to zwykli hipokryci. JÓZEF ZYCH Na sali sejmowej człowiek
powinien się zachowywać przyzwoicie. Sytuacja, która mi się przytrafiła,
była jednorazowa i bardzo się jej wstydzę. To z powodu stresu. Z największym
potępieniem spotkałem się ze strony żony. KAZIK
STASZEWSKI Przekleństwa mają to do siebie, że precyzyjnie
określają emocje. Zwłaszcza negatywne. Dlatego używam ich w piosenkach.
Słuchałem kiedyś utworu TSA wyrażającego wściekłość. Refren tej piosenki
brzmiał: "Mam to w nosie". Czy to nie brzmi ohydnie? Nie lepiej byłoby
powiedzieć "Jestem wkurwiony"? |
POKAŻ SWÓJ JĘZYK, A POWIEM CI, KIM JESTEŚ Przywykło się uważać, że w czasach PRL funkcjonowały dwa języki: oficjalna
mowa władzy, czyli mowa-trawa, i polszczyzna prywatna. Mowa-trawa za
pośrednictwem mediów całe lata wsiąkała w mózgi, kiełkowała na
poletkach marcowych docentów i do dziś odbija się w niejednym wystąpieniu
publicznym, a co gorsza - w sposobie myślenia. Analizując język prezydenta
Kwaśniewskiego, wydłubując skwarki myśli z zawiesistej polewki słów,
widać, jak wielką sztuką jest tak mówić, by nic nie powiedzieć. Polszczyzna prywatna miała wiele podgatunków: od bogatej, soczystej
mowy naszych dziadków i wujów, którzy potrafili jeszcze
rozmawiać, a nie monologować przy stole, gdzie partnerem w dyskursie była
rodzina, a nie migający w końcu jadalni telewizor, po dosadny, obrazowy język
ludu, który doszedł do głosu latem 1980 r. Jego chorążym przez długie
lata był Lech Wałęsa z właściwymi mu "śliwkami robaczywkami",
"za, a nawet przeciw" czy "ani be, ani me, ani kukuryku".
Polszczyznę domową uzupełniał porozumiewawczy kod aluzji, sztuka czytania między
wierszami, cała ta latami kształcona umiejętność komunikowania się tak, żeby
odbiorca zrozumiał nadawcę, a cenzor, jeśli nie był ostatnią świnią, mógł
udać, że nie rozumie. Łatwo zaobserwować, że słowa nobilitujące
przejmujemy zazwyczaj od przyjaciół, zaś przekleństwa i obscena - od
wrogów. Stąd tak dużo u nas świństw zapożyczonych z rosyjskiego. Przez
cały okres PRL istniał powszechnie używany, a prawie nie zarejestrowany przez
media język chama, składający się z kilku rzeczowników i jednego
czasownika, który dzięki przedrostkom roz-, przy-, do-, wybył w stanie
opisać całą złożoność świata i głębię człowieczej duszy. Prawdziwą przestrzeń
dla swej ekspansji ten język znalazł dopiero w wolnej Polsce. Spore zasługi ma w
tym dziele współczesny film polski - pewne obrazy po wycięciu
wulgaryzmów musiałyby się ograniczyć do czołówki i końcowej listy
płac. Czy dalszą ewolucję języka będą wyznaczać blogi, SMS-y, uproszczona
ortografia? Już teraz najmłodsze pokolenia chętnie zastępują dawne części mowy
onomatopejami rodem z komiksowych dymków. Co ciekawe, umiejętnością
trafiania słowem w sedno częściej dysponują ludzie z ludu - Wałęsa, Lepper,
Miller. Z językiem należy się obchodzić spokojnie. Być może nowa poprawna
polszczyzna będzie wynikiem kompromisu pomiędzy rozmaitymi tendencjami:
przeżywa zwykle to, co lepiej służy aktualnym potrzebom. Jedno warto wziąć pod
uwagę: kiedy szukamy mistrzów mowy polskiej, aby ustawić ich w
charakterze drogowskazów, nie wciągajmy na jedno podium tych,
którzy pięknie, interesująco i precyzyjnie mówią "z
głowy", i aktorów, których umiejętność mówienia cudzym
tekstem przetestowano już na egzaminie do szkoły teatralnej. Marcin Wolski |
|
|
|
|