O taką zgodę, z powołaniem się na zapis w prawie prasowym o ważnym interesie społecznym, wystąpiło kilka redakcji.
"Nie podzielam poglądu, iż dałaby ona (zgoda) poczucie sprawiedliwości rodzinie i społeczeństwu, oraz że będzie pomocna w jego (podejrzanego) resocjalizacji" - napisał w środę szef siemiatyckiej prokuratury Mirosław Żoch.
Dodał, że publikacja tych danych mogłaby wyrządzić krzywdę rodzinie - ze względu na możliwość identyfikacji jej członków.
W środę po południu o sprawę był pytany w Warszawie minister sprawiedliwości Zbigniew Ćwiąkalski. "Zainteresowałem się, czym kierowała się prokuratura podejmując tę decyzję. Chodzi o dobro nieletniego. Dzieci źle znoszą psychicznie takie sprawy" - mówił.
Ćwiąkalski uważa, że rolą mediów jest wyszukiwanie i nagłaśnianie takich jak ten bulwersujących przypadków. "Wszystkie będą z całą surowością ścigane, ale trzeba mieć na uwadze dobro małoletnich" - oświadczył.
Jednocześnie minister poinformował, że śledztwo już obecnie toczy się pod nadzorem Prokuratury Apelacyjnej w Białymstoku, a być może niebawem zostanie przeniesione z Prokuratury Rejonowej w Siemiatyczach na wyższy szczebel Prokuratury Okręgowej w Białymstoku.
45-letni mężczyzna został aresztowany w poniedziałek na trzy miesiące. Postawiono mu m.in. zarzuty wielokrotnego doprowadzenia córki, obecnie 21-letniej, z użyciem gróźb i przemocy - do obcowania płciowego. Część tych czynów miała miejsce przed ukończeniem przez dziewczynę 15 lat.
Inne zarzuty to m.in. groźby karalne i bezpodstawne pozbawianie wolności. Wśród zarzutów jest też dokonanie rozboju z użyciem niebezpiecznego narzędzia. Chodziło o wtargnięcie z siekierą w ręku do domu narzeczonego córki, u którego ukryła się dziewczyna.
Jak poinformował rzecznik prasowy białostockiej prokuratury okręgowej Adam Kozub, w związku z tym zdarzeniem zarzut bezprawnego pozbawienia dziewczyny wolności postawiono bratu jej ojca.
Została ona bowiem przez obu siłą zabrana i przewieziona do domu swojej rodziny.
Wobec tego podejrzanego nie zastosowano aresztu, lecz inne środki zapobiegawcze, m.in. poręczenie majątkowe, a także zakaz zbliżania się do pokrzywdzonej i kontaktowania się z nią.
Podana w miniony poniedziałek przez policję informacja o dziewczynie przez sześć lat wykorzystywanej przez ojca wywołała burzę medialną. Prokuratorzy mówią nieoficjalnie, że pierwsze informacje policji były nieprecyzyjne, bo wynikało z nich, że przez cały ten czas dziewczyna była więziona.
Wieś koło Siemiatycz odwiedziło kilkudziesięciu dziennikarzy i ekip telewizyjnych. Niektóre redakcje rozmawiały z pokrzywdzoną i jej matką. Ta twierdzi, że wiedziała o wszystkim, ale - jak mówi - bała się coś zrobić. Mąż miał grozić jej i córce śmiercią, a o dziewczynie miał wyrażać się, że "mu wolno, bo jest jego rzeczą".
Według informacji niektórych mediów, w związku z ogromnym zainteresowaniem dziennikarzy policja zabrała z miejsca zamieszkania tę rodzinę.
Pytany o to szef siemiatyckiej prokuratury Mirosław Żoch powiedział, że nic oficjalnie o tym nie wie i "nie ma pojęcia, gdzie i kto" miałby rodzinę ukryć.
Pokrzywdzona dziewczyna ma obecnie 21 lat. Na policję w Siemiatyczach zgłosiła się przed tygodniem, przyszła z matką.
Jak zeznała, wykorzystywana była od sześciu lat. W 2005 i 2007 roku urodziła dzieci. Mówiła, że została przez ojca zmuszona do pozostawienia obu noworodków w szpitalach, gdzie miały miejsce porody. Zrzekła się praw do dzieci.
Prokuratorzy nieoficjalnie przyznają, że ich badania DNA mogą być potrzebne do potwierdzenia ojcostwa.
Kiedy policja zaczęła śledztwo, ojciec dziewczyny uciekł z domu. Rozpoczęto ogólnopolskie poszukiwania i na jego ślad trafiono w Siedlcach. Policja przypuszcza, że planował wyjazd za granicę.
pap, keb