Pasażerowie największego na świecie statku pasażerskiego Queen Mary 2 korzystają z kabin prysznicowych zbudowanych w Czosnowie pod Warszawą. Miłośnicy kawy w Niemczech piją poranną małą czarną w filiżankach z Jaworzyny, a użytkownicy modnych smartphonów korzystają z oprogramowania opracowanego w Koszalinie. Bella, Karolina czy Psiloc to klasyczne przykłady świetnego interesu działającego bez zgiełku i fleszy kamer. Także w Polsce nie brakuje ukrytych mistrzów, którzy mają szansę wejść do elity światowej gospodarki
Bella Czosnów
Przetwórstwo tworzyw sztucznych
Tajemnica sukcesu: gotowość do realizacji niemal dowolnych zamówień
PRZYCHODY w 2003 R. 15 MILIONÓW ZŁOTYCH
Jeśli kiedykolwiek traficie na pokład największego na świecie statku pasażerskiego Queen Mary 2, zwróćcie uwagę na łazienki. I nie tylko wanny. Bella, niewielka firma z podwarszawskiego Czosnowa, wyposażyła transatlantyk w 1215 kompletnych węzłów sanitarnych zbudowanych z kompozytów. W przetargu na ten kontrakt pokonała producenta z Francji, choć Queen Mary 2 powstawała właśnie we francuskiej stoczni. To jeden z najbardziej prestiżowych kontraktów, jakie firma Bella zdobyła w ostatnich latach.
Szef i właściciel Belli Franciszek Wysga, inżynier po Politechnice Warszawskiej, o kontrakcie mówi niechętnie. Widać, że opowiadanie o własnych sukcesach nie leży w jego naturze. W ogóle nie przypomina biznesmena. Nie odgradza się od współpracowników ścianami, nie ma sekretarek broniących do niego dostępu, marmurowych schodów ani plazmowego telewizora na ścianie. Zamiast tego na ścianach powiesił zaświadczenia o przyznanych atestach i certyfikatach oraz zdjęcia produktów, do których powstania się przyczynił. Zaprasza do stołu.
- Bellę założyłem 30 lat temu. Zacząłem produkować kaski dla motocyklistów i, patrząc z dzisiejszej perspektywy, to był świetny biznes - mówi Wysga.
Od dziesięciu lat Bella nie ma w ofercie jednego, konkretnego produktu, bo stała się wykonawcą zleceń. Ludzie Wysgi z kompozytów polimerowych potrafią zrobić wszystko: od umywalki na transatlantyk po obudowy do specjalistycznego sprzętu medycznego. Na początku lat 90. wyposażyli polską armię, jako pierwszą z wojsk dawnego Układu Warszawskiego, w hełmy kevlarowe. Żołnierze noszą je do dziś.
- Sprzedajemy technologie na światowym poziomie. Przetwórstwo tworzyw sztucznych to dziedzina oparta na dużej wiedzy, w naszym wypadku jednego człowieka - mówi Wysga. Chodzi o niego, ale szef Belli nie chce tego przyznać wprost. Dodaje tylko: - Tu nie ma automatyki, tu roboty niczego za człowieka nie zrobią.
W całej firmie czuć specyficzny zapach sztucznych tworzyw. Na tablicy informacyjnej obok wejścia na halę produkcyjną wiszą nazwiska pracowników, którzy mają zgłosić się na szkolenia. Wysga zatrudnia dziś ponad 100 osób.
- W tej branży liczy się fachowość, którą partner zawsze sprawdza i szybciutko jest w stanie rozszyfrować - mówi Wysga. - Bez ISO 9001:2000 nie ma mowy o współpracy z jakimkolwiek przemysłem. Przed każdym przetargiem nieustannie robione są audyty jakości. Potem liczy się już tylko cena. I my tą ceną wygrywamy: mamy względnie tanią siłę roboczą i nieco mniej rygorystyczne prawo ochrony przyrody.
Kontrakt na budowę kompletnych węzłów sanitarnych do ponad tysiąca kajut na Queen Mary 2 był konsekwencją wieloletnich kontaktów Belli z koncernem Alstom. - Dziś grupa Alstom generuje ok. 65 proc. naszych przychodów. Reszta przypada na inne wielkie koncerny: DaimlerChryler Automotive Poland, Bombardier. 85 proc. produkcji trafia na eksport.
Dla Queen Mary 2 ludzie Wysgi zbudowali w sumie ok. 12 tysięcy najwyższej jakości elementów. Produkowali je przez rok. Dzięki tej umowie przychody firmy w 2003 r. przekroczą 15 mln zł. Ale w tym roku mogą się nawet podwoić. Bella wystartowała w przetargu na budowę 400 ścian frontowych do włoskich pociągów. Jest o co walczyć, bo wartość tego kontraktu to 3,2 mln euro.
Karolina Jaworzyna
Produkcja wyrobów z porcelany
Tajemnica sukcesu: niskie koszty przy wysokiej jakości produktów
Rosną przychody, rosną zyski, a na eksport wędruje 85 proc. zwiększającej się co roku produkcji. Fabryka Porcelany "Karolina" w Jaworzynie Śląskiej to przykład udanej prywatyzacji państwowego molocha przez spółkę pracowniczą. Firma stoi mocno na nogach i nie obawia się chińskiej konkurencji, choć ta w ostatnich latach coraz odważniej rozpycha się w Europie. - Oni produkują tanią masówkę, a nasze produkty to średnia i wyższa półka - mówi prezes Karoliny Bożena Mechla. - Dalekowschodnich konkurentów wyprzedzamy elastyczną ofertą i szybkością w realizacji zamówień. Jeśli pojawia się moda na kolor ecru, my już jesteśmy gotowi, jeśli rynek chce ekstrawagancji, proponujemy zestawy porcelany... kwadratowej. Efekt? Mamy pełen portfel zamówień - dodaje wiceprezes Andrzej Miszczak.
Karolina eksportuje do 23 krajów. Najwięcej zamówień jest z Niemiec, Włoch i Hiszpanii. - Na tych rynkach mamy swoich przedstawicieli handlowych. Badają rynek i informują nas, co jeszcze można zrobić - mówi Miszczak. Kontrahenci chwalą jakość jaworzyńskiej porcelany. W tym interesie liczy się przede wszystkim białość i przeświecalność wyrobów, a to największe atuty spółki.
Historia wypalania porcelany w Jaworzynie rozpoczęła się w 1860 r. Pod marką Konigszelt produkował ją tam niemiecki przemysłowiec August Rappsilber. Gdy 15 lat temu zaczęto mówić o prywatyzacji zakładu, wielu wróżyło mu krótki żywot. Mówili, że mury stare, załoga za duża, a porcelana wychodzi z mody. Dziś w XIX-wiecznych halach fabrycznych stoją nowoczesne maszyny, a zakład po restrukturyzacji utrzymał załogę i rozwija się.
Spółka pracownicza założona przez pracowników Karoliny wydzierżawiła majątek zakładu w lipcu 1994 r. Zgodnie z umową prywatyzacyjną po dziesięciu latach miała go przejąć na własność. Udało się znacznie szybciej - załoga była na swoim już dwa lata później. - To był prawdziwy sukces - mówi Miszczak. Dziś udziały w spółce pracowniczej posiada 470 osób, większość z nich wciąż pracuje w zakładzie. 25 osób, głównie z kierownictwa firmy, ma łącznie ok. 40 proc. udziałów. - Może to zabrzmi patetycznie, ale wszystkim zależy na jak najlepszym wykonywaniu obowiązków. Gdy w 2000 r. mieliśmy bardzo silną złotówkę - euro kosztowało 3,36 zł - zysk firmy był zagrożony. Załoga bez mrugnięcia okiem zgodziła się na obniżenie wynagrodzeń - dodaje.
W 2003 roku zysk netto Karoliny wzrósł dziesięciokrotnie w porównaniu z poprzednim rokiem - do 3,5 mln zł, przy przychodach 70 mln zł. Dobre wyniki finansowe to nie tylko efekt wykorzystania zdolności produkcyjnych, ale i bardzo silnego euro. W Jaworzynie wiedzą, że taka sytuacja nie będzie trwać wiecznie, więc zarobione pieniądze inwestują. W 2003 r. spółka kupiła za
7 mln zł najnowocześniejszy na rynku piec do wypalania porcelany. Czy szukamy inwestora? A po co? Radzimy sobie bez niego.
Psiloc Koszalin
Oprogramowanie do telefonów komórkowych
Tajemnica sukcesu: zdobycie zamówień największych producentów komórek
PRZYCHODY w 2003 R. 30 MILIONÓW ZŁOTYCH
Na pewno jesteśmy w czołowej piątce firm na świecie, które tworzą oprogramowanie do smartphonów (komórek z funkcjami palmtopa) opartych na systemie operacyjnym Symbian - mówi Marek Filipiak, założyciel firmy Psiloc z Koszalina. Telefony z tym systemem oferują wszyscy liczący się producenci na rynku, a Marek Filipiak ocenia, że przewaga Symbiana nad konkurencyjnym produktem Microsoftu to ok. dwa lata. Zapowiada jednak, że już wkrótce jego firma będzie też robić aplikacje działające w środowisku Microsoft Windows Mobile.
Zeszłoroczne przychody Psiloca osiągnęły około 7 mln euro, w tym roku kwota ma się zwiększyć do 15 mln euro. - Są to założenia ostrożne - jeśli dopiętych zostanie kilka z negocjowanych kontraktów, powinno być znacznie lepiej - mówi Filipiak. Około 60 proc. przychodów firmie zapewniają projekty "pod klucz" dla dużych klientów biznesowych, producentów komórek czy konsorcjum Symbiana (utworzonego m.in. przez Nokię, Sony Ericsson, Siemensa, Samsunga i Panasonica). Pozostałe 40 proc. to sprzedaż małych programów narzędziowych czy rozrywkowych o średniej wartości 10 dolarów dla użytkowników smartphonów. Tej drugiej "działki" Psilock nie traktuje jednak po macoszemu, bo w znacznej mierze przyczynia się ona do budowania marki i pozycji na rynku.
W świat biznesu Marek Filipiak wkroczył w 1997 r., zakładając rodzinną firmę PsiNT. Pierwszym poważnym interesem było opracowanie polskojęzycznej wersji systemu do palmtopów Psion. Kiedy w 2001 roku pojawił się pierwszy smartphone z systemem Symbian - Nokia 9210 Communicator - Marek Filipiak napisał do niego program usprawniający pewne jego funkcje, a następnie zaczął sprzedawać poprzez swój sklep internetowy Psiloc. com w cenie 10 dolarów. Potem były następne aplikacje i przełomowa praca nad lokalizacją systemu Nokii Communicatora na kraje arabskie. To była przepustka do wielkich kontraktów międzynarodowych.
Twórca Psilocu podkreśla, że siłą jego firmy jest elastyczność. Firma zatrudnia 40 ludzi na całym świecie (efektywnie wdrożyła system telepracy), a na rynku konkuruje skutecznie np. z japońską firmą, dla której pracuje tysiąc osób. Marek Filipiak w firmie zajmuje się głównie wytyczaniem kierunków i nadzoruje pracę programistów, pozostawiając zarządzanie, administrację i marketing swym współpracownikom.
Talens Polska Lesko
Produkcja sztalug i blejtramów
Tajemnica sukcesu: kompleksowa obsługa artystów - od płótna do sztalug
PRZYCHODY w 2003 R. 23 MILIONÓW ZŁOTYCH
Mało kto wie, że uznawane za jedne z najlepszych na świecie blejtramy i sztalugi pochodzą z zaszytego w Bieszczadach Leska. To właśnie tutaj od ponad 12 lat działa firma Talens Polska (do 1999 r. Tap Fine Art.).
Jej główny udziałowiec Adam Pałacki (50 proc. udziałów), zanim trafił do artystycznego biznesu w latach 80., produkował części do Harleya. Był wykonawcą wieszaków dla Ikei, produkował też drewniane wkłady do łóżek. Stąd do produkcji sztalug i blejtramów był już tylko krok. Pod koniec 1991 roku Pałacki opatentował technikę przygotowywania płótna malarskiego lnianego i bawełnianego dla malarzy. W 1994 roku założył firmę - Tap Fine Art Products i zaczął produkować podobrazia (zwane popularnie blejtramami) oraz sztalugi. - Większość firm produkuje albo płótna, albo podobrazia, albo sztalugi. Ja postawiłem na kompleksową ofertę dla artystów - od suchej tkaniny do sztalugi - podkreśla Pałacki. Pierwszy transport wyrobów z Leska trafił na holenderski rynek. Pałacki wykorzystał kontakty jeszcze z czasów studenckich wypadów na saksy do Niderlandów. Produkty z Leska poszły jak świeże bułeczki, a firma zaczęła się dynamicznie rozwijać i w krótkim czasie zdobyła uznanie cieszącej się stuletnią tradycją holenderskiej firmy Royal Talens, specjalizującej się w produkcji farb dla malarzy. Jeszcze w 1996 roku wyszła od niej inicjatywa zawiązania wspólnego przedsięwzięcia. Po trzech latach rozmów doszło do utworzenia spółki Talens Polska. Z produkcją roczną rzędu 1,5 mln blejtramów i 180 tys. sztalug firma z Leska nie ma sobie równych w Europie. 97 proc. produkcji leskiej firmy trafia za granicę. Wyroby są dostępne w 114 krajach na świecie, a największym obecnie rynkiem jest Hiszpania.
Przetwórstwo tworzyw sztucznych
Tajemnica sukcesu: gotowość do realizacji niemal dowolnych zamówień
PRZYCHODY w 2003 R. 15 MILIONÓW ZŁOTYCH
Jeśli kiedykolwiek traficie na pokład największego na świecie statku pasażerskiego Queen Mary 2, zwróćcie uwagę na łazienki. I nie tylko wanny. Bella, niewielka firma z podwarszawskiego Czosnowa, wyposażyła transatlantyk w 1215 kompletnych węzłów sanitarnych zbudowanych z kompozytów. W przetargu na ten kontrakt pokonała producenta z Francji, choć Queen Mary 2 powstawała właśnie we francuskiej stoczni. To jeden z najbardziej prestiżowych kontraktów, jakie firma Bella zdobyła w ostatnich latach.
Szef i właściciel Belli Franciszek Wysga, inżynier po Politechnice Warszawskiej, o kontrakcie mówi niechętnie. Widać, że opowiadanie o własnych sukcesach nie leży w jego naturze. W ogóle nie przypomina biznesmena. Nie odgradza się od współpracowników ścianami, nie ma sekretarek broniących do niego dostępu, marmurowych schodów ani plazmowego telewizora na ścianie. Zamiast tego na ścianach powiesił zaświadczenia o przyznanych atestach i certyfikatach oraz zdjęcia produktów, do których powstania się przyczynił. Zaprasza do stołu.
- Bellę założyłem 30 lat temu. Zacząłem produkować kaski dla motocyklistów i, patrząc z dzisiejszej perspektywy, to był świetny biznes - mówi Wysga.
Od dziesięciu lat Bella nie ma w ofercie jednego, konkretnego produktu, bo stała się wykonawcą zleceń. Ludzie Wysgi z kompozytów polimerowych potrafią zrobić wszystko: od umywalki na transatlantyk po obudowy do specjalistycznego sprzętu medycznego. Na początku lat 90. wyposażyli polską armię, jako pierwszą z wojsk dawnego Układu Warszawskiego, w hełmy kevlarowe. Żołnierze noszą je do dziś.
- Sprzedajemy technologie na światowym poziomie. Przetwórstwo tworzyw sztucznych to dziedzina oparta na dużej wiedzy, w naszym wypadku jednego człowieka - mówi Wysga. Chodzi o niego, ale szef Belli nie chce tego przyznać wprost. Dodaje tylko: - Tu nie ma automatyki, tu roboty niczego za człowieka nie zrobią.
W całej firmie czuć specyficzny zapach sztucznych tworzyw. Na tablicy informacyjnej obok wejścia na halę produkcyjną wiszą nazwiska pracowników, którzy mają zgłosić się na szkolenia. Wysga zatrudnia dziś ponad 100 osób.
- W tej branży liczy się fachowość, którą partner zawsze sprawdza i szybciutko jest w stanie rozszyfrować - mówi Wysga. - Bez ISO 9001:2000 nie ma mowy o współpracy z jakimkolwiek przemysłem. Przed każdym przetargiem nieustannie robione są audyty jakości. Potem liczy się już tylko cena. I my tą ceną wygrywamy: mamy względnie tanią siłę roboczą i nieco mniej rygorystyczne prawo ochrony przyrody.
Kontrakt na budowę kompletnych węzłów sanitarnych do ponad tysiąca kajut na Queen Mary 2 był konsekwencją wieloletnich kontaktów Belli z koncernem Alstom. - Dziś grupa Alstom generuje ok. 65 proc. naszych przychodów. Reszta przypada na inne wielkie koncerny: DaimlerChryler Automotive Poland, Bombardier. 85 proc. produkcji trafia na eksport.
Dla Queen Mary 2 ludzie Wysgi zbudowali w sumie ok. 12 tysięcy najwyższej jakości elementów. Produkowali je przez rok. Dzięki tej umowie przychody firmy w 2003 r. przekroczą 15 mln zł. Ale w tym roku mogą się nawet podwoić. Bella wystartowała w przetargu na budowę 400 ścian frontowych do włoskich pociągów. Jest o co walczyć, bo wartość tego kontraktu to 3,2 mln euro.
Karolina Jaworzyna
Produkcja wyrobów z porcelany
Tajemnica sukcesu: niskie koszty przy wysokiej jakości produktów
Rosną przychody, rosną zyski, a na eksport wędruje 85 proc. zwiększającej się co roku produkcji. Fabryka Porcelany "Karolina" w Jaworzynie Śląskiej to przykład udanej prywatyzacji państwowego molocha przez spółkę pracowniczą. Firma stoi mocno na nogach i nie obawia się chińskiej konkurencji, choć ta w ostatnich latach coraz odważniej rozpycha się w Europie. - Oni produkują tanią masówkę, a nasze produkty to średnia i wyższa półka - mówi prezes Karoliny Bożena Mechla. - Dalekowschodnich konkurentów wyprzedzamy elastyczną ofertą i szybkością w realizacji zamówień. Jeśli pojawia się moda na kolor ecru, my już jesteśmy gotowi, jeśli rynek chce ekstrawagancji, proponujemy zestawy porcelany... kwadratowej. Efekt? Mamy pełen portfel zamówień - dodaje wiceprezes Andrzej Miszczak.
Karolina eksportuje do 23 krajów. Najwięcej zamówień jest z Niemiec, Włoch i Hiszpanii. - Na tych rynkach mamy swoich przedstawicieli handlowych. Badają rynek i informują nas, co jeszcze można zrobić - mówi Miszczak. Kontrahenci chwalą jakość jaworzyńskiej porcelany. W tym interesie liczy się przede wszystkim białość i przeświecalność wyrobów, a to największe atuty spółki.
Historia wypalania porcelany w Jaworzynie rozpoczęła się w 1860 r. Pod marką Konigszelt produkował ją tam niemiecki przemysłowiec August Rappsilber. Gdy 15 lat temu zaczęto mówić o prywatyzacji zakładu, wielu wróżyło mu krótki żywot. Mówili, że mury stare, załoga za duża, a porcelana wychodzi z mody. Dziś w XIX-wiecznych halach fabrycznych stoją nowoczesne maszyny, a zakład po restrukturyzacji utrzymał załogę i rozwija się.
Spółka pracownicza założona przez pracowników Karoliny wydzierżawiła majątek zakładu w lipcu 1994 r. Zgodnie z umową prywatyzacyjną po dziesięciu latach miała go przejąć na własność. Udało się znacznie szybciej - załoga była na swoim już dwa lata później. - To był prawdziwy sukces - mówi Miszczak. Dziś udziały w spółce pracowniczej posiada 470 osób, większość z nich wciąż pracuje w zakładzie. 25 osób, głównie z kierownictwa firmy, ma łącznie ok. 40 proc. udziałów. - Może to zabrzmi patetycznie, ale wszystkim zależy na jak najlepszym wykonywaniu obowiązków. Gdy w 2000 r. mieliśmy bardzo silną złotówkę - euro kosztowało 3,36 zł - zysk firmy był zagrożony. Załoga bez mrugnięcia okiem zgodziła się na obniżenie wynagrodzeń - dodaje.
W 2003 roku zysk netto Karoliny wzrósł dziesięciokrotnie w porównaniu z poprzednim rokiem - do 3,5 mln zł, przy przychodach 70 mln zł. Dobre wyniki finansowe to nie tylko efekt wykorzystania zdolności produkcyjnych, ale i bardzo silnego euro. W Jaworzynie wiedzą, że taka sytuacja nie będzie trwać wiecznie, więc zarobione pieniądze inwestują. W 2003 r. spółka kupiła za
7 mln zł najnowocześniejszy na rynku piec do wypalania porcelany. Czy szukamy inwestora? A po co? Radzimy sobie bez niego.
Psiloc Koszalin
Oprogramowanie do telefonów komórkowych
Tajemnica sukcesu: zdobycie zamówień największych producentów komórek
PRZYCHODY w 2003 R. 30 MILIONÓW ZŁOTYCH
Na pewno jesteśmy w czołowej piątce firm na świecie, które tworzą oprogramowanie do smartphonów (komórek z funkcjami palmtopa) opartych na systemie operacyjnym Symbian - mówi Marek Filipiak, założyciel firmy Psiloc z Koszalina. Telefony z tym systemem oferują wszyscy liczący się producenci na rynku, a Marek Filipiak ocenia, że przewaga Symbiana nad konkurencyjnym produktem Microsoftu to ok. dwa lata. Zapowiada jednak, że już wkrótce jego firma będzie też robić aplikacje działające w środowisku Microsoft Windows Mobile.
Zeszłoroczne przychody Psiloca osiągnęły około 7 mln euro, w tym roku kwota ma się zwiększyć do 15 mln euro. - Są to założenia ostrożne - jeśli dopiętych zostanie kilka z negocjowanych kontraktów, powinno być znacznie lepiej - mówi Filipiak. Około 60 proc. przychodów firmie zapewniają projekty "pod klucz" dla dużych klientów biznesowych, producentów komórek czy konsorcjum Symbiana (utworzonego m.in. przez Nokię, Sony Ericsson, Siemensa, Samsunga i Panasonica). Pozostałe 40 proc. to sprzedaż małych programów narzędziowych czy rozrywkowych o średniej wartości 10 dolarów dla użytkowników smartphonów. Tej drugiej "działki" Psilock nie traktuje jednak po macoszemu, bo w znacznej mierze przyczynia się ona do budowania marki i pozycji na rynku.
W świat biznesu Marek Filipiak wkroczył w 1997 r., zakładając rodzinną firmę PsiNT. Pierwszym poważnym interesem było opracowanie polskojęzycznej wersji systemu do palmtopów Psion. Kiedy w 2001 roku pojawił się pierwszy smartphone z systemem Symbian - Nokia 9210 Communicator - Marek Filipiak napisał do niego program usprawniający pewne jego funkcje, a następnie zaczął sprzedawać poprzez swój sklep internetowy Psiloc. com w cenie 10 dolarów. Potem były następne aplikacje i przełomowa praca nad lokalizacją systemu Nokii Communicatora na kraje arabskie. To była przepustka do wielkich kontraktów międzynarodowych.
Twórca Psilocu podkreśla, że siłą jego firmy jest elastyczność. Firma zatrudnia 40 ludzi na całym świecie (efektywnie wdrożyła system telepracy), a na rynku konkuruje skutecznie np. z japońską firmą, dla której pracuje tysiąc osób. Marek Filipiak w firmie zajmuje się głównie wytyczaniem kierunków i nadzoruje pracę programistów, pozostawiając zarządzanie, administrację i marketing swym współpracownikom.
Talens Polska Lesko
Produkcja sztalug i blejtramów
Tajemnica sukcesu: kompleksowa obsługa artystów - od płótna do sztalug
PRZYCHODY w 2003 R. 23 MILIONÓW ZŁOTYCH
Mało kto wie, że uznawane za jedne z najlepszych na świecie blejtramy i sztalugi pochodzą z zaszytego w Bieszczadach Leska. To właśnie tutaj od ponad 12 lat działa firma Talens Polska (do 1999 r. Tap Fine Art.).
Jej główny udziałowiec Adam Pałacki (50 proc. udziałów), zanim trafił do artystycznego biznesu w latach 80., produkował części do Harleya. Był wykonawcą wieszaków dla Ikei, produkował też drewniane wkłady do łóżek. Stąd do produkcji sztalug i blejtramów był już tylko krok. Pod koniec 1991 roku Pałacki opatentował technikę przygotowywania płótna malarskiego lnianego i bawełnianego dla malarzy. W 1994 roku założył firmę - Tap Fine Art Products i zaczął produkować podobrazia (zwane popularnie blejtramami) oraz sztalugi. - Większość firm produkuje albo płótna, albo podobrazia, albo sztalugi. Ja postawiłem na kompleksową ofertę dla artystów - od suchej tkaniny do sztalugi - podkreśla Pałacki. Pierwszy transport wyrobów z Leska trafił na holenderski rynek. Pałacki wykorzystał kontakty jeszcze z czasów studenckich wypadów na saksy do Niderlandów. Produkty z Leska poszły jak świeże bułeczki, a firma zaczęła się dynamicznie rozwijać i w krótkim czasie zdobyła uznanie cieszącej się stuletnią tradycją holenderskiej firmy Royal Talens, specjalizującej się w produkcji farb dla malarzy. Jeszcze w 1996 roku wyszła od niej inicjatywa zawiązania wspólnego przedsięwzięcia. Po trzech latach rozmów doszło do utworzenia spółki Talens Polska. Z produkcją roczną rzędu 1,5 mln blejtramów i 180 tys. sztalug firma z Leska nie ma sobie równych w Europie. 97 proc. produkcji leskiej firmy trafia za granicę. Wyroby są dostępne w 114 krajach na świecie, a największym obecnie rynkiem jest Hiszpania.