Powrót dotacji, nie mamy wyjścia!

Powrót dotacji, nie mamy wyjścia!

Dodano:   /  Zmieniono: 
375 mln zł wyniosą dopłaty do budowy statków
Straty Stoczni Szczecińskiej Nowej i Stoczni Gdynia w 2004 roku pozostają nieznane. Można jednak przypuszczać, że w obu będą wyższe niż 100 mln zł. W tym roku ma być lepiej. Kontrakty zostały zrenegocjowane, a rząd przyjął 25 stycznia projekt ustawy o dopłatach do umów na budowę niektórych typów statków. W ciągu trzech lat (2005-2007) stocznie dostaną 375 mln zł.
To nie pierwsze pieniądze dla stoczni. W latach 2002-2003 tylko Agencja Rozwoju Przemysłu, która jest rządową agencją do spraw przemysłów trudnych i beznadziejnych (i obficie korzysta z zasilania państwowego w środki), udzieliła stoczniom pomocy w różnych formach łącznie na ponad 600 mln zł.
Czy w takim razie polski przemysł stoczniowy to worek bez dna? Optymiści uważają, że nie. Członek rady nadzorczej ARP prof. Stefan Kwiatkowski, specjalista ds. organizacji i zarządzania, jest przekonany o sensowności decyzji rządu: - Zaprzestając dzisiejszej nierentownej produkcji (i to często pozornie nierentownej, bo konkurenci są dotowani), pozbawiamy się szans na przyszłość. Tracimy rynki sprzedaży, ciągłość rozwoju. Inny członek rady nadzorczej ARP, ekonomista, prof. Zbigniew Hockuba, dodaje: - Pomoc publiczna powinna być wykorzystana do restrukturyzacji stoczni, przeprowadzenia takich zmian w profilu ich produkcji oraz metodach zarządzania, które doprowadzą do trwałej rentowności. Polskie stocznie mogą się stać konkurencyjne pod warunkiem zwiększenia oferty wyspecjalizowanych, nowoczesnych statków o wysokim poziomie technologicznym (więcej www.businessweek.pl).
Problem w tym, że gwarancji, iż tak się stanie, nie ma. Więcej, pesymiści uważają, że stocznie pozostaną deficytowe. Ich argumenty to: trwała aprecjacja złotego, stały wzrost kosztów płacowych w Polsce, niedokończona restrukturyzacja zatrudnienia, coraz większa potęga stoczni chińskich.
Dla sceptyka argumentem jest także słaby merytorycznie poziom materiałów, które udostępniono opinii publicznej, uzasadniając decyzję rządu. Eksponowane są trzy argumenty. Pierwszy: od Korei po Europę Zachodnią produkcja statków jest dotowana. Drugi argument to wysokie koszty zamknięcia stoczni. W tym wypadku część danych jest wątpliwa. Na przykład koszt pakietów socjalnych w stoczniach przyjęto bardzo wysoki - 70 tys. zł na osobę. "Bo tyle wywalczyli górnicy" - usłyszeliśmy. Trzeci argument przekonuje, że poziom dotacji będzie mniejszy od wpływów podatkowych, jakie uzyskuje się dzięki stoczniom. Stąd już tylko krok do podatkowego perpetuum mobile.


Nie mamy wyjścia!
Rozmowa z Arkadiuszem Krżelem, prezesem Agencji Rozwoju Przemysłu

Przed nami leży projekt ustawy, na mocy której stocznie otrzymają prawie 400 mln zł w ramach pomocy publicznej. Gdyby ktoś do Pana przyszedł prywatnie z takimi czterema kartkami i powiedział: "daj 400 milionów", pomyślałby Pan, że jest wariatem. A ten projekt chce Pan realizować.
Ustawa to cztery kartki, ale analizy, na podstawie których ją przygotowano, zajęły kilka miesięcy. Być może w przypadku innej gałęzi przemysłu bardzo bym się zastanowił nad podobnym programem pomocy, ale nie w przypadku stoczni.

W ten sposób suma państwowej pomocy dla przemysłu stoczniowego w ostatnich kilku latach przekroczy miliard złotych. Gdzie w tym sens?
Przed dwoma laty mieliśmy poważne załamanie w tej branży, choć wydawało się już, że została ona pomyślnie sprywatyzowana. I musieliśmy wybrać: wyeliminować te 40-50 tysięcy miejsc pracy - w warunkach 20-proc. bezrobocia - czy ratować? Gdyby majątek Stoczni Szczecińskiej mógł być zagospodarowany przez wolny rynek, to działania interwencyjne nie byłyby wskazane. Ale nikt inny, oprócz państwa, nie był w stanie uratować stoczni i tylu miejsc pracy.

Co roku w Polsce traci pracę 300 tysięcy ludzi i pies z kulawą nogą się o nich nie troszczy.
Ci ludzie tracą pracę w małych firmach, które odtwarzają się stosunkowo szybko. Natomiast zbudowanie sektora złożonego z łańcucha producentów wymaga 10 lat. Dopiero wtedy można osiągnąć odpowiedni poziom technologiczny. Pan chciałby zamknąć te stocznie?

W Szwecji nierentowne stocznie zamknięto. Dlaczego my w biedniejszym kraju mamy wydawać na nie pieniądze?
Bo nie mamy alternatywy! Na takie liberalne podejście można sobie pozwolić, gdy ma się realne programy tworzenia innych miejsc pracy. Jeśli ich nie ma, trzeba się zastanowić, jak można doprowadzić do rentowności to, co jest. Już dawno oduczyłem się prostego liberalizmu.

To nie jest liberalizm. To jest przekonanie, że taniej jest stworzyć nowe miejsca pracy poza stoczniami.
Nie. Na przykład gdy weźmie się pod uwagę nadliberalizm UE wobec importu z Dalekiego Wschodu, przemysł lekki w ogóle nie ma szans.

A przemysł stoczniowy? Dynamika wzrostu sprzedaży chińskich stoczni jest gigantyczna.
Pytanie, czy Europa potrafi się obronić. Myślę, że nie - Chiny w ciągu 10 lat mogą zdominować wszystko. Ale na razie nie są jeszcze w stanie produkować statków z najwyższej półki - takich jak nasze.

Nasze produkty są, owszem, świetne, mają tylko jeden słaby punkt - ich produkcja jest zbyt droga.
No to trzeba włożyć pieniądze w technologie, a nie zamykać. Czy pan naprawdę chce mieć rewolucję? Przecież z bezrobociem jest jak z metanem - jeśli jego wielkość przekroczy pewien próg, sytuacja staje się wybuchowa. Nie mogliśmy ryzykować dalszego wzrostu bezrobocia.

Ale to bezrobocie jest gdzie indziej i dotyczy innych zawodów. Ilu jest ludzi bez pracy w Gdyni? Dziesięć procent? W Szczecinie zatrudniono Ukraińców, bo brakowało polskich spawaczy!
To nie było tak. Chwilowo wynajęto niewielką liczbę spawaczy ze Wschodu, bo polscy wyjechali do pracy w Niemczech. Niech mi pan wierzy - naprawdę nie lubię angażować pieniędzy w coś, co nie ma sensu. Ale dopłaty do umów to nie jest polski pomysł! Z problemami przemysłu stoczniowego nie radzi sobie żadne państwo Unii Europejskiej. Jednak na Zachodzie mają świadomość, że miejsca pracy w tym sektorze są istotne w strukturze gospodarczej - więc gdy Korea, stoczniowa potęga, tak mocno wspiera swój przemysł stoczniowy, europejskie stocznie też dostają pomoc: Bruksela zgodziła się na 6-proc. dopłaty z budżetów państw członkowskich do umów realizowanych przez stocznie. Niemal wszystkie państwa z tego korzystają!

Bo są od nas bogatsze.
Szanowny panie Chce pan stocznie zamknąć, niech pan to zrobi! Niech pan idzie i to zrobi! Takiego liberalizmu, jaki pan proponuje, w Europie nie stosuje się już od dawna. W Niemczech stocznie też przynoszą straty, ale ich nie zamknięto. Wie pan, ile kosztuje bezrobocie? Zastanawiał się pan nad tym, liczył pan to?

Lepiej zastanówmy się, dlaczego polskie stocznie wciąż są nierentowne.
Decyduje o tym kurs dolara i ceny stali.

Te ceny ją jednakowe na całym świecie.
Nie są jednakowe. I to jest sedno problemu. Europejski przemysł stoczniowy przegrywa konkurencję ze stoczniami na Dalekim Wschodzie między innymi dlatego, że Koreańczycy czy Japończycy stosują inne sposoby finansowania produkcji. Najważniejszy surowiec - stal, której koszt stanowi 25-35 proc. ceny statku - kupują w ramach wielkich holdingów, które rozliczają się inaczej niż w Europie. Poszczególne spółki mogą się nawzajem finansować, dzięki czemu wzrost cen stali dla stoczni koreańskich jest dużo mniejszy. No i jeszcze ten dolar

Jeśli stocznie mają problem ze słabym dolarem, to znaczy, że nie zabezpieczyły się przed ryzykiem walutowym. Mogły stosować hedging.
On jest stale robiony! Ale przy takiej skali produkcji musielibyśmy mieć 400 mln zł płynnej gotówki, by efektywnie stosować hedging.

Przy jakim kursie dolara polskie stocznie będą rentowne?
Z wrześniowych analiz wynikało, że gdyby dolar kosztował 3,56 zł, stocznie - dzięki dopłatom - wyszłyby na swoje.
Przecież takiego kursu nie będzie. Średni kurs dolara w tym roku będzie wynosił 3,20 zł, co oznacza, że nawet dopłaty nie wystarczą do rentowności.
Właśnie dlatego stocznie renegocjowały umowy z kontrahentami. Stocznia Szczecińska Nowa wynegocjowała 686 mln zł, Stocznia Gdynia o 641,4 mln zł więcej za statki, które powstaną w najbliższych trzech latach. Jeśli dopłaty zostaną uruchomione, w ciągu trzech lat ta pierwsza otrzyma 184 mln zł, a druga 147,4 mln zł. Wniosek jest taki, że to nie tylko państwo dopłaca - stocznie też wykonują olbrzymią pracę.

A czy są jakiekolwiek analizy, które przewidują rentowność stoczni po trzech latach dopłat?
Tak, stocznie powinny być rentowne.

Naszym zdaniem, nie będą.
Przy cenach kontraktowych z września 2004 r., cenie stali 700 USD za tonę, kursie 3,56 zł za dolara i dopłatach - stocznie wychodziłyby na swoje. Natomiast przy kursie 3,10 zł, stali po 860 USD za tonę, dopłatach i cenach statków po renegocjacjach - byłaby jeszcze strata.

W warunkach wahań kursów walut i cen surowców działają wszyscy. Tu sednem jest efektywność. Jak polskie stocznie mogą być konkurencyjne, skoro sprzedaż na zatrudnionego jest od dwóch do czterech razy mniejsza niż na Zachodzie?
Ale stoczniowcy na Zachodzie zarabiają znacznie więcej. Za te same pieniądze możemy więc zatrudnić więcej ludzi.

W stoczniach amerykańskich przyjmuje się do pracy wtedy, kiedy to jest opłacalne. U nas, w Stoczni Gdynia w latach 2000-2003 produkcja spadła do poziomu 40 proc., a zatrudnienie do poziomu 85 proc. Nie ma żadnej restrukturyzacji.
Gdyby banki nie wycofały się z finansowania, produkcja byłaby dużo większa.

Dlaczego nie poszukać alternatywy w stoczniach remontowych, które są w Polsce rentowne? Gdyby one dostały choć jedną dziesiątą kwoty, którą wpompowano w stocznie produkcyjne, mogłyby zwiększyć przychody i zatrudnienie.
Nie zrobiłyby tego. Niech pan także sprawdzi, ile stocznie remontowe są w stanie wygenerować pracy w spółkach kooperujących. Gdybyśmy przestawili się wyłącznie na remonty statków, kooperanci produkujący podzespoły do budowy statków z pewnością by ucierpieli.

Oni są uzależnieni tylko od polskich stoczni? Nie są w stanie eksportować swych produktów?
Nie tyle, żeby byli w stanie przetrwać. Tylko odpowiednio wysoki poziom produkcji gwarantuje opłacalność. Tak więc w generowanie nowych miejsc pracy przez stocznie remontowe nie wierzmy. I żadne nowe inwestycje zachodniego kapitału też nie byłyby w stanie zamortyzować zamknięcia stoczni produkcyjnych.

Przecież przemysł części motoryzacyjnych eksportuje dziesięć razy więcej niż przemysł stoczniowy, stworzył dziesiątki tysięcy miejsc pracy - bez żadnego wsparcia. Dlaczego mamy pompować pieniądze w coś, co jest nieefektywne?
Będzie efektywne, potrzebny jest tylko okres przejściowy na ustabilizowanie sektora. Najpierw będziemy myśleć o konsolidacji i nowych formułach finansowania. Potem pomyślimy o dywersyfikacji produkcji i wykorzystaniu zagranicznych partnerów, by stworzyć rentowny układ.

Kto teraz finansuje stocznie? Banki się z tego interesu wycofały.
Nie wszystkie. PKO BP, BGK, Citibank, BPH wciąż wchodzą w układy konsorcjalne i akceptują opracowane przez nas modele finansowania, np. gwarantowane przez ARP obligacje. Oczywiście, nadal stosowane są gwarancje skarbu państwa w odpowiednich proporcjach, ale armatorzy finansują już 60 proc. umów. Banki jeszcze nigdy nie były w tak bezpiecznej sytuacji wobec stoczni jak dzisiaj. W ostatnich latach nie straciły ani złotówki. Największe ryzyko dotyczy nas, czyli właściciela. A wracając do dywersyfikacji produkcji - być może za 5 lat okaże się, że bardziej opłacalne od produkcji statków jest sprzedawanie myśli technicznej i części Wietnamczykom czy Saudyjczykom. Zaczęliśmy już rozmowy na ten temat. Szczecin może robić elementy, a oni to mogą składać, bo mają bardzo tanią siłę roboczą. W tej chwili jesteśmy na etapie jednej trzeciej drogi w dochodzeniu do należytego poziomu efektywności polskich stoczni. Ale już konsolidacja branży nas do tego zbliży.

Jeżeli kto inny będzie dla nas montował, też będzie trzeba zmniejszyć zatrudnienie. Teraz Pan się nie boi bezrobocia?
Nie będziemy zwalniać, bo jak będziemy tańsi, to przejmiemy większy ilościowo portfel.

O ile jeszcze można obniżyć koszty w polskich stoczniach?
Materiałowo o 10 proc. Dzięki inwestycjom w technologie kolejne 5 proc. W kosztach płacowych niewiele da już się zrobić.

Kto ma być właścicielem stoczni za trzy lata - nadal państwo?
Nie. Mam nadzieję, że uda się nam znaleźć kogoś, kto będzie widział w tym interes. W czasie czterech-pięciu lat ta kwestia musi być rozstrzygnięta.

Panie prezesie, ostatnie pytanie. Zainwestowałby Pan w polskie stocznie swoje prywatne pieniądze?
Tak. Gdybym je miał, tobym to zrobił.