Lewicowe wykałaczki

Lewicowe wykałaczki

Dodano:   /  Zmieniono: 
Zakończyło się Ogólnochińskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych, czyli obrady chińskiego parlamentu. Rzecz to doniosła, szczególnie dla partii komunistycznych na całym świecie. Dorobek tych dziesięciu dni dyskusji to prawdziwa studnia idei, której dna nie widać. Radość dla każdego, kto nie tylko serce ma po lewej stronie.
To była prawdziwa burza mózgów. Pomysły sypały się, aż trudno by wszystko odnotować. Widać, że delegaci spragnieni byli spuszczenia balonu myśli. Niedawno krytykowałem portugalskiego socjalistę de Puiga, który w europarlamencie, podczas dyskusji o potępieniu zbrodni komunizmu przekonywał, że komunistów nie wolno potępiać, bo to przecież ludzie-idaliści. Teraz muszę przyznać mu rację. Nie wiedziałem. Chcę wrócić na drogę prawdziwych idei, które wkrótce sprawią, że wszyscy będziemy wolni.

Ale do rzeczy. Jeden z delegatów zgłosił pomysł jak ratować znikające lasy. Pomysł do wykorzystania także w Polsce, wszakże jesteśmy krajem zalesionym. Trzeba - przekonywał - wprowadzić jadalne wykałaczki. Tylko w ten sposób uratujemy drzewa. Inny zgłosił pomysł na walkę z korupcją. Każdego urzędnika trzeba obowiązkowo, kilka razy dziennie ważyć. Nawet dziecko wie, że koperty daje się podczas biesiady. Jak urzędnik przytyje, to znaczy, że bierze. Największa partia komunistyczna nie boi się mężnie stawiać czoła wyzwaniom współczesności. Rozmawiano o eutanazji i aborcji. Były też sprawy bieżące: należy w końcu zmienić stare portrety Mao Zedonga na banknotach i powstrzymać chińskich piłkarzy przed korzystaniem z usług prostytutek. W oryginale chodziło o to, by w końcu "przestali się kurwić". Widać, że delegaci doskonale znają sprawy i obyczaje ludu.

Wiele się mówi, że w Polsce lewica cierpi na brak intelektualnego fermentu i wymiany myśli. Że jest zajęta wewnętrznymi wojnami i kłótniami ambitnych liderów. Przykład Chin pokazuje, że można. I trzeba. Do dzieła towarzysze.

Grzegorz Sadowski