Brytyjskie wybory pod znakiem skandalu refundacyjnego
Stało się tak, ponieważ zaszkodził on zaufaniu wyborców do polityków - uważa profesor Tony Travers z London School of Economics. W jego ocenie spadek zaufania daje się we znaki wszystkim dużym partiom politycznym, a obecne wybory stoją pod znakiem tylko jednej kwestii - poselskich wydatków.
"Politycy rozumieją, że kryzys unaocznił potrzebę wprowadzenia większej przejrzystości w życiu politycznym i szerszego społecznego udziału w sprawowaniu władzy" - powiedział Travers na spotkaniu z dziennikarzami zagranicznymi w przededniu wyborów. "Trudność polega jednak na tym, że zarówno laburzyści, jak i konserwatyści muszą zmierzyć się z głęboko zakorzenioną w brytyjskim życiu politycznym tradycją centralizacji i kontrolą decyzji za pośrednictwem politycznego centrum" - dodaje.
Brytyjczycy wybierają 72 europosłów i 2.318 radnych do 34 lokalnych władz samorządowych w Anglii, głównie wiejskich (tzw. shires). Laburzyści bronią 445 mandatów i kontroli nad czterema radami hrabstw: Lancashire, Nottinghamshire, Staffordshire i Derbyshire.
Torysi Davida Camerona liczą na przejęcie ok. 100 dalszych mandatów, a nieoficjalnie liczą na 200 w dodatku do 1.048 posiadanych obecnie. Po to, by móc twierdzić, że zmierzają do przejęcia władzy w najbliższych wyborach powszechnych będą musieli wykazać, iż w skali całego kraju głosowało na nich co najmniej 40 proc. wyborców wobec 44 proc. w wyborach lokalnych z ubiegłego roku.
W ocenie profesora Johna Curtice'a z uniwersytetu w Strathclyde nie jest pewne, czy konserwatyści mogą liczyć na tak duży sukces, ponieważ skandal refundacyjny uderzył dotkliwie także w nich, a na eurosceptycznym skrzydle politycznego spektrum mają konkurentów w postaci Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP).
Dlatego jedynym pocieszeniem Partii Pracy może być jego zdaniem to, że konserwatywną opozycję także czekają cięgi przy wyborczej urnie, nie tylko w wyborach do PE, lecz także lokalnych.
W wyborach do PE z 2004 roku na laburzystów oddano 23 proc. głosów, co było ich historycznie najgorszym wynikiem. Z sondaży przeprowadzonych po ujawnieniu w mediach skandalu refundacyjnego wynika, że poparcie dla Partii Pracy w wyborach powszechnych deklaruje niespełna 21 proc. wyborców.
"Jeśli w wyborach do PE udział Partii Pracy spadnie poniżej 20 proc., to może to się okazać punktem zwrotnym uświadamiającym posłom tej partii, że czas Gordona Browna minął" - sądzi Curtice.
ND, PAP