Jastrzębska Spółka Węglowa poinformowała o kolejnych w ostatnich dniach problemach w polskiej kopalni. Tym razem chodzi o kopalnię Borynia-Zofiówka w Jastrzębiu-Zdroju. W nocy z piątku na sobotę 23 kwietnia doszło tam do wstrząsu wysokoenergetycznego połączonego z intensywnym wypływem metanu.
Jak przekazała JSW, w okolicach kopalni przebywało 52 pracowników: 42 z nich wyszło o własnych siłach, natomiast z 10 nadal nie ma kontaktu. Trwa akcja ratunkowa. – O godzinie 4 otrzymaliśmy wezwanie do akcji ratowniczej w Zofiówce, zadysponowaliśmy dwa zawodowe zastępy ratownictwa górniczego z centralnej stacji oraz dwa zespoły dyżurujące w Wodzisławiu Śląskim. Pojechało z naszej strony też pogotowie pomiarowe – przekazał Robert Wnorowski, rzecznik Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego.
– Zastępy będą zmierzały, by odszukać tych pracowników. Po drodze koncentracja metanu jest na tyle duża, że będzie trzeba wchodzić stopniowo, poprawiać wentylację. Prawdopodobnie przy wstrząsie wentylator, czy właściwie lutniociąg został w kilku miejscach zrzucony, uszkodzony. Próbujemy wykorzystać rurociągi sprężonego powietrza, żeby przewietrzać – powiedział podczas briefingu prasowego wiceprezes SJW Edward Paździorko.
Wybuchy w kopalni Pniówek
To kolejny w ostatnich dniach wybuch w kopalni w Polsce. W środę i czwartek 20-21 kwietnia doszło do kilku eksplozji metanu w kopalni Pniówek w Pawłowicach.
Zgodnie z informacjami Jastrzębskiej Spółki Węglowej, do której należy zakład, w rejonie prowadzącej wydobycie ściany N-6 na poziomie 1000 metrów było 42 pracowników. W czasie, gdy akcję prowadziły dwa zastępy ratowników, poszukujące trzech pracowników, doszło do wtórnego wybuchu.
W wyniku katastrofy zginęło 5 osób. Prezes Jastrzębskiej Spółki Węglowej Tomasz Cudny przekazał, że 22 kwietnia odstąpiono od prowadzenia akcji ratowniczej w celu wydobycie siedmiu górników. Akcja będzie prowadzona w celu zaizolowania rejonu kopalni, żeby nie zagrażał funkcjonowaniu pracowników w innych częściach zakładu.
Czytaj też:
Dziwne decyzje JSW w sprawach metanu. „Wprost” dotarł do dokumentów