Czy możemy się przygotować na przyszłość? Czy w ogóle możemy ją przewidzieć? Albo się do niej zaadaptować?
Adaptacja i przewidywanie to oczywiście dwie różne rzeczy. I moja odpowiedź na oba te pytania brzmi: tak, owszem. Robimy to nieustająco w codziennym życiu. Wiemy, co zjemy na lunch, jak dużo czasu może nam zająć przejazd na lotnisko i czy możemy trafić na większe natężenie ruchu. Chodzi też o wydarzenia o większej randze, jak wzięcie ślubu czy posiadanie potomstwa, zakończenie szkoły lub staranie się o nową pracę. To wszystko znajduje się na półce: przewidywanie przyszłości.
Mówi pan o rzeczach, nazwijmy je tak – „ludzkich”. Chciałam jednak spytać o kontekst technologiczny. Czy przyszłość w kontekście technologicznym nie będzie trudna, szczególnie dla starszych pokoleń?
Na ten temat opinie są rozbieżne. Myślę, że im dłużej się żyje, tym bardziej przyzwyczajamy się do świata, mocniej go doświadczamy, więc młode osoby będą siłą rzeczy mieć uboższą historię, mniej doświadczenia. Dziś też, kiedy młodsze pokolenia, powiedzmy 20-latków, idą do pracy, na służbę wojskową czy na studia, zderzają się z inną rzeczywistością niż członkowie ich rodzin. Wchodzenie w świat, oswajanie go to długi proces – zajmuje nam to 20-30, a czasem więcej lat. Im jesteśmy starsi, tym trudniej jednak przychodzi nam adaptacja. Jest możliwa, ale oczywiście nie jest to łatwe.
Jak uczyć o przyszłości? Jaka jest przyszłość edukacji w odniesieniu do tego, o czym Pan opowiada?
Obecny system edukacji robi jedną ważną rzecz – przekazuje uczniom wiedzę nt. kultury, historii, nauki – na poziomie, który jest dziś dostępny, faktów, które się wydarzyły. Tym, czego nie robi, jest przygotowanie na przyszłość, która jest znacząco inna niż rzeczywistość, w której wyrastał autor podręcznika lub nauczyciel. 40-latek uczy 15-latka, pokazując mu swoje doświadczenie i dzieląc się swoimi wartościami. Nic nie polega tutaj na przygotowywaniu na przyszłość, która w znaczącej mierze jest nieprzewidywalna. I nie chodzi tu nawet o złą ścieżkę edukacyjną, tylko nierealizowanie jej wcale.
Pana celem jest to zmienić.
Tak, to mój cel i dlatego założyłem pozarządową organizację. Edukuję chociażby w czasie tej konferencji nt. przyszłości – o tym, jak o niej myśleć i jak można z niej czerpać w sposób produktywny i wydajny.
Czym jest przyszłościowe myślenie [future thinking – red.]?
Dziś wszyscy mówią o AI i, cóż, zdecydowanie sztuczna inteligencja ma na nas olbrzymi wpływ. 20 lat temu rozmawialiśmy nt. internetu i, szczerze mówiąc, ta dyskusja była podobna do tej jeszcze dawniejszej o telewizji, która miała przejmować edukację. Uczniowie mieli przecież oglądać TV, zamiast zgłębiać wiedzę. I… nic takiego się nie stało. AI jest teraz takim tematem – jednych ekscytuje, innych przeraża. Budzi wiele emocji i dyskusji. Tak naprawdę powinniśmy wziąć pod uwagę, że to bardzo kompleksowe rozwiązanie technologiczne, pozwalające na znacznie więcej niż tylko zamieszczenie pytania na Chat GPT.
Poza tym mamy edukację, która jest potężnym narzędziem umożliwiającym oparcie się zmianom – ponieważ wszyscy oglądamy się za siebie i wyciągamy wnioski. Pierwotnym zadaniem edukacji było dzielenie się wiedzą i doświadczeniami starszych pokoleń z młodszymi pokoleniami. Dziś zadajemy sobie pytanie, czy powinniśmy uczyć o przyszłości w perspektywie nadchodzących zmian. Odpowiedź według mnie jest oczywista – powinniśmy to robić, i to szybko.
Sposób, w jaki o tym procesie myślimy, jest jak sztuka w trzech aktach: przeszłość to akt 1, teraźniejszość, czyli np. to, co opisują dziennikarze, to akt 2, a trzecim aktem będzie przyszłość. Dlaczego tak ważne jest pochylenie się nad aktem 3? Przede wszystkim nauczyciele nie wiedzą w tej chwili, co na ten temat powiedzieć, bo nikt im takiej wiedzy nie przekazał. Dlatego kształcimy kolejne pokolenia, które tę wiedzę przekażą. Przyszłość jest częścią ich curriculum. A dotyczy ona każdej dziedziny naszego życia: od literatury, przez życie rodzinne, po naukę. I wszystko to powinno być przedmiotem nauczania.
Powinniśmy więc otwierać wydziały myślenia o przyszłości na uniwersytetach?
Tak właśnie. Taki wydział prowadzę od 30 lat w Teksasie. Kilka tego typu wydziałów na świecie już zresztą jest – najbliższy Polsce otwarto w Berlinie, drugi w fińskim Turku, a trzeci na Uniwersytecie Oksforda. Te wydziały wypuszczają spod swoich skrzydeł zawodowych futurologów. Chodzi nam wszystkim o to, żeby przygotować się na przyszłość, czerpać z niej i adaptować się do zmian. Tym, co chciałbym zobaczyć, jest umiejętność odczytywania przyszłości. Kimkolwiek jesteś – inżynierem, biznesmenem, rodzicem – powinieneś wiedzieć, co może cię czekać, tak aby minimalizować strach przed przyszłością, mieć kompetencje do przewidywania przyszłości i adaptowania się do niej.
Czego uczy się na wydziałach nauk o przyszłości?
Przede wszystkim nie uczymy nikogo o tym, co się stanie. Bo tego nie wiemy. Jeśli ktoś tak twierdzi, jest w błędzie. Uczymy kompetencji, tego, jak zrozumieć zmiany, jak odczytywać sygnały i łączyć je w całość. Dzięki temu możemy przewidzieć możliwości, różne opcje. W języku angielskim mamy subjanctive mood – to „tryb łączący”, forma czasownika używana w odniesieniu do hipotetycznego scenariusza lub do wyrażenia życzenia, sugestii albo polecenia. To zawieszenie możliwości akcji – mówimy więc o tym, co mogłoby się stać, nie o tym, co się stanie. Mamy gramatykę, która odpowiedziała na potrzebę zawieszenia tej możliwości, kulturę wyrażania możliwości – coś może się stać, ale mamy alternatywne możliwości, nie musimy wybierać, spierać się o to ani walczyć. Możesz powiedzieć: to może się stać. Nie wiem, czy na pewno, ale istnieje taka możliwość. Każde prawdopodobieństwo mieści się w spektrum prawdy. Rozumiem osoby, z którymi się nie zgadzam, ale wiem też, skąd płyną ich argumenty.
Wychodząc ze szkoły, jesteśmy natomiast uczeni polaryzacji: tak lub nie, jest tylko jedna dobra odpowiedź. Spieramy się o prawdę, tkwiąc w przekonaniu, że nasz dyskutant jest złą osobą, bo tylko jedna odpowiedź ma potwierdzenie w rzeczywistości. To tak mało produktywne.
Czyli studia, o których mówiliśmy, są o dyskutowaniu, rozszerzaniu wrażliwości na sygnały i poszerzaniu granic wyobraźni.
Dokładnie tak. I uważam, że edukacja w tym zakresie powinna się zacząć już na wcześniejszym etapie.
Myślę, że w czasie zajęć na studiach o przyszłości poruszanych jest wiele tematów związanych z nowymi technologiami. Zmieniły one świat i ułatwiły nam życie, ale mają też wiele minusów…
Dobrym przykładem jest AI. Nie wiemy, w jakim kierunku rozwinie się sztuczna inteligencja. Być może stanie się tak, że będzie to ten wspaniały przypadek, w którym inteligentne osoby będą korzystać z jej zasobów przede wszystkim celem odciążenia się. Chodzi więc o to, żeby wykonywać jak najmniej nużących, powtarzalnych czynności, bo AI może nas w tym świetnie wyręczyć. Pozostawienie najcięższych zadań człowiekowi wymaga jednak również transformacji edukacji. Dziś studenci są wdrażani do wykonywania łatwych zawodów – robienia rzeczy, które znamy, które wiemy, jak robić. Trzeba podkreślić, że większość wykonuje wciąż te same, powtarzalne czynności. Jeśli więc edukacja będzie szła w tym kierunku, ludzie będą tracić pracę, bo maszyny wykonają tego typu czynności za nas.
Najistotniejszą umiejętnością będzie więc adaptacja.
Chodzi też o łańcuch wartości. Przykładem może być chociażby zbieranie danych – w przeszłości np. zbieranie danych było pracą, za którą byliśmy opłacani. Dziś po prostu często wstukujemy hasło w Google i otrzymujemy wynik. Obecnie pytamy, co możemy zrobić z uzyskanymi danymi, jak je rozumieć. Przyszłość będzie przesuwać łańcuch wartości. Edukacja nie może się dłużej opierać na nauce rzeczy łatwych, jak podstawowa matematyka, podstawowa historia, podstawowa umiejętność pisania. To wszystko zrobią za nas maszyny. Jako nauczyciele musimy też właśnie dlatego podnieść własne umiejętności, tak aby wykreować środowisko, w którym nauka jest nie tylko rzeczą naturalną, ale sprawia radość, jest wyzwaniem, czymś, co uczniowie zwyczajnie chcą robić.
