– Domagamy się sprawiedliwości, uczciwości, etycznych rządów – mówił agencji AFP Francisco Anguitar, jeden z uczestników demonstracji w Santiago. Podobne oczekiwania pojawiały się też na licznych transparentach oraz w okrzykach wznoszonych przez manifestantów. Uczestnicy ogromnego pokojowego marszu przeszli w piątek przez ulice stolicy Chile, wzywając rząd do reform. Nie brakowało też haseł o konieczności rezygnacji prezydenta Sebastiána Piñery.
On sam zapewnił na Twitterze, że rząd „usłyszał wiadomość”. „Wszyscy się zmieniliśmy. Dzisiejszy radosny i pokojowy marsz, w którym Chilijczycy prosili o bardziej sprawiedliwe i zjednoczone Chile, otwiera pełną nadziei drogę do przyszłości” – stwierdził polityk. Wcześniej tego samego dnia politycy pod eskortą policji opuścili budynek kongresu w mieście Valparaiso.
Burmistrz Santiago Karla Rubilar na Twitterze zamieściła nagranie z marszu. Według szacunków służb miejskich, uczestniczyło w nim milion osób, czyli około 5 proc. populacji kraju.
Zaczęło się od biletów
Demonstracje w Chile zaczęły się tydzień temu od protestu przeciwko (obecnie zawieszonej – red.) podwyżce cen biletów na metro. Postulaty demonstrujących szybko rozszerzyły się o kwestie socjalne – hasła poprawy poziomu życia i likwidacji nierówności. W trakcie kilku dni protestów nie brakowało starć z policją, grabieży i zamieszek na ulicach. Nadzór nad bezpieczeństwem w Santiago przejęło wojsko, a w mieście ogłoszono stan nadzwyczajny. Na ulice wysłano około 20 tys. policjantów i przedstawicieli innych służb.
W odpowiedzi na postulaty demonstrujących obywateli, w środę prezydent ogłosił plany reform, m.in. zwiększenia płacy minimalnej i podstawowej emerytury. Nie uspokoiło to jednak sytuacji w kraju.
Czytaj też:
Polski nauczyciel zastrzelony w Chile. Aresztowano jego teścia