„Miałam COVID-19 a oto moja historia” – rozpoczęła swój wpis na Facebooku Elizabeth Schneider. Amerykanka przyznała, że do zarażenia doszło na imprezie organizowanej w małym domu w Seattle, gdzie nikt nie kaszlał, nie kichał oraz nie wykazywał żadnych objawów chorobowych. „Wygląda na to, że 40 proc. uczestników tej imprezy zachorowało. Media nakazują myć ręce i unikać osób mających objawów. Tak zrobiłam, ale nie ma sposobu na uniknięcie tego poza unikaniem innych ludzi” – czytamy.
„Nawet nie poszłam do lekarza”
Schneider przekazała, że objawy COVID-19 u osób zarażonych podczas imprezy były różne. Część z nich uskarżała się na ból głowy, gorączkę, bóle mięśni i stawów czy zmęczenie. Sama zainteresowana miała wysoką temperaturę oraz odczuwała mdłości i ból gardła. „Głównym problemem jest to, że gdy nie zgłaszaliśmy kaszlu lub problemów z oddychaniem, wielu z nas odmówiono przeprowadzenia badań” – dodała zaznaczając, że ona została poddana testom, które wykazały wynik pozytywny. Po tym została poddana izolacji w domu. „Nie byłam w szpitalu, bo nie każdy kraj hospitalizuje wszystkich z zakażeniem COVID-19. Nawet nie poszłam do lekarza, ponieważ sama dochodziłam do siebie i czułam, że to po prostu paskudna odmiana grypy” – czytamy.
Kobieta podkreśliła, że podczas kwarantanny brała środki takie jak Sudafed czy Afrin, co pomogło jej „utrzymać zatoki w czystości i zapobiec rozprzestrzenianiu się objawów w płucach”. „To nie jest rada medyczna – po prostu dzielę się tym, co zrobiłam oraz łączę to z faktem, że nie miałam żadnych objawów oddechowych” – dodała. Na koniec wyraziła nadzieję, że jej wpis pomoże komuś uniknąć zarażenia oraz zaapelowała do tego, by izolować się od innych wówczas, gdy widzimy u siebie niepokojące objawy chorobowe.
facebookCzytaj też:
Dramatyczna relacja lekarki z Rybnika. „Nie mamy szans, by to opanować”