Przewodniczący rady obwodu wołyńskiego Grigorij Nedopad remontuje daczę, by mieć miejsca dla uchodźców. Mer Łucka Ihor Poliszczuk wywiesił przed urzędem polską flagę, dziękując za pomoc z naszego kraju. Ksiądz Roman pokazuje, gdzie w podziemiach katedry Świętych Apostołów Piotra i Pawła można się chować w przypadku alarmu bombowego. Dziennikarka Sofia Kałużna pomaga w centrum pomocy dla uchodźców. Mieszka blisko zbombardowanego lotniska w Łucku. Do domu nie wraca. Mykoła przyjechał z miejscowości Hulajpołe w obwodzie zaporoskim po rozpoczętych tam 5 marca ciężkich walkach. A Sergiusz Prozorowski zamienił chwilowo Wołyński Klub Automobilowy, w którego zarządzie w 1929 roku był gen. Władysław Anders, na magazyn pomocy humanitarnej, którą wozi z Polski.
Syreny nie zawyły, nikt się nie spodziewał
Sofia wita nas na wielkim placu pełnym ciężarówek, gdzie mieści się centrum logistyczne pomocy dla uchodźców i od razu przechodzi do rzeczy. – Jestem dziennikarką, ale wiesz, jak to jest, teraz trzeba robić wszystko – rzuca na dzień dobry, pokazując jednocześnie swój ostatni artykuł w „Kurierze Lubelskim”, w którym opisuje przeżycia innych. Nam mówi o swoich, bo mieszka obok wojskowego lotniska, które już dwa razy zostało zaatakowane przez Rosjan – na początku walk w lutym i teraz, w miniony piątek. Sofia śpi gdzie indziej, bo do domu nie chce wracać.
– Siła eksplozji była tak duża, że łóżkiem zatrzęsło. Nikt się nie spodziewał, że drugi raz mogą zaatakować w tym samym miejscu, zwłaszcza że za pierwszym razem obiekt zniszczyli – opowiada. Na dodatek nie włączyły się syreny. Alarm w piątek wprawdzie zawył po godz. 4.00, ale został odwołany, a do eksplozji doszło ok. 6.00. Nikt nie był na to przygotowany. Sofia stara się ukryć emocje, ale widać, że wciąż wszystko przeżywa. W końcu wydawało się, że zachodnia Ukraina jest względnie bezpieczna, że Putin tu nie dotrze, że ma inne plany…
Schron w kościele
– A tu właśnie odjeżdża bus z lekami dla Browarów koło Kijowa – zmienia temat Kałużna. – Mamy tu jedzenie, leki, ubrania, wszystko czego potrzeba. Ponad 100 osób pracuje przy sortowaniu darów. Ale wiesz, czasem to wstyd, co ludzie przynoszą, jakby traktowali nas jako śmietnik – przyznaje kobieta. Na szczęście to sytuacje zdarzające sią naprawdę bardzo rzadko. Pomagają też sami uchodźcy wewnętrzni.
Mykoła z miejscowości Hulajpołe, przyjechał do Łucka z rodziną. Jest w wieku poborowym, nie może, a nawet nie chce, wyjechać z kraju. A jego rodzina nie chce jechać bez niego. Liczą, że wkrótce wrócą do domu, choć w ich miasteczku toczą się wciąż walki. Pokazuje nam zdjęcia i filmy z rosyjskich ataków i ich tragicznych efektów. – Tak naprawdę nie wiemy, ile osób zginęło – mówi chłopak. Atak szedł zarówno z ziemi, jak i z powietrza – rakietami Grad.
W Łucku, w trakcie naszego pobytu, alarm włączył się we wtorek dwa razy. Raz, gdy po podziemiach łuckiej katedry oprowadzał nas ksiądz Roman. Zwykle podziemia tego kościoła, poświęconego w roku 1640, są atrakcją turystyczną. Dziś część służy, w razie potrzeby, jako schron w trakcie alarmu powietrznego.
To w tym kościele chrzczona była polska aktorka i pisarka Gabriela Zapolska. Spoczywa na lwowskim Cmentarzu Łyczakowskim, gdzie we wtorek odbyły się pogrzeby żołnierzy, którzy zginęli w niedzielnym ataku rakietowym na poligon w Jaworowie, niedaleko polskiej granicy. W poniedziałek śledziliśmy przygotowania do tych smutnych uroczystości.
Automobilowy klub pomocy
Tuż obok katedry znajduje się siedziba Wołyńskiego Klubu Automobilowego, reaktywowanego kilka lat temu. Automobilklubu, w którego władzach w 1929 roku zasiadał gen. Władysław Anders. Instytucja ta co roku organizuje Rajd Wołyński w rocznicę rzezi wołyńskiej – ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich na polskiej mniejszości w latach 1943-1945, które kosztowało życie 50-60 tys. ludzi.
– Co roku trasa jest inna, ale zawsze prowadzi przez Łuck i jest przygotowywana tak, by rodziny i wszyscy, dla których historia jest ważna, odwiedzili miejsca pamięci. Zwykle trwa tydzień, do przejechania jest 1500-2000 km – mówi nam Sergiusz Prozorowski, który prowadzi klub. Ma nadzieję, że rajd odbędzie się również i w tym roku, ale na razie załoga skupia się na pomocy humanitarnej.
– Mamy dwa magazyny w Lublinie i pod Lublinem, gdzie napływa pomoc z całej Polski. Tam jest sortowana, przygotowywane są transporty, a potem wszystko przywozimy tutaj. Część rzeczy zostaje w Łucku, część jest redystrybuowana do innych regionów Ukrainy. Bo wszędzie czegoś potrzeba, a czasem te potrzeby są różne – mówi Prozorowski, który w czwartek znowu wsiada do swojego busa i jedzie do Lublina po kolejne dostawy pomocy.
Wojna zamiast wirusa
– Dobrze znam polski, ale nic nie mogę powiedzieć – wita się po polsku Grigorij Nedopad, przewodniczący rady obwodu wołyńskiego w łuckim szpitalu, gdzie się spotykamy, bo akurat wtedy udaje się mu znaleźć chwilę na rozmowę (już po ukraińsku). A skoro w szpitalu jesteśmy, to pojawia się temat koronawirusa – dziś trzeciorzędny, bo są ważniejsze. Billboardy o szczepieniach zastępują te o rosyjskim statku, wysyłanym wiadomo gdzie.
– Sytuacja na Wołyniu po trzech tygodniach walk jest stabilna. Zaczęli pracować wolontariusze, przyjmujemy uchodźców. Niektórzy jadą od razu do Polski, Niemiec, Austrii i dalej, ale część zostaje – dodaje. W obwodzie wołyńskim jest obecnie ok. 14 tys. uchodźców, ale z Łucka i okolic sporo mieszkańców wyjechało do Polski, co powoduje, że np. nie ma problemów z przyjmowaniem dzieci z innych części Ukrainy do szkół czy przedszkoli. A jak z mieszkaniami? – Ciężko, sam remontuję daczę, doprowadzam wodę, by było miejsce – mówi Nedopad. Wykorzystywane są też mieszkania komunalne.
– Na razie sytuacja stabilna, choć był strach po ostrzale na samym początku działań, potem do ostatniego piątku (drugi ostrzał – red.) było dość spokojnie, ale teraz ludzie znowu się przestraszyli, choć nie ma masowej paniki. Ale ostrzały u nas, pod Równem (ok. 60 km od Łucka, w poniedziałek w ostrzale wieży telewizyjnej zginęło 19 osób – red.) i w obwodzie lwowskim (na poligonie pod Jaworowem, ok. 25 km od granicy z Polską w niedzielę zginęło 35 osób – red.) nie ma już bezpiecznego miejsca w Ukrainie – mówi nam Ihor Poliszczuk, mer Łucka.
Czytaj też:
Konferencja polityków po spotkaniu z prezydentem Ukrainy. „Nie zostawimy was samych”
Polska pomoc
W mieście wszystko działa: sklepy są zaopatrzone, jest ogrzewanie, woda, wywóz śmieci, służby miasta zaczęły nawet porządkowe przygotowania do wiosny. Transport też działa, jeżdżą trolejbusy i autobusy. Przez pierwsze dwa tygodnie trolejbusy kursowały bezpłatnie, by pomóc ludziom. Zarówno mieszkańcom, jak i uchodźcom, a ci przybywają do Łucka praktycznie z każdego zakątka Ukrainy, zwłaszcza z tych miejsc, gdzie toczą się najcięższe walki. Ludzie przyjeżdżali pociągami ewakuacyjnymi z Kijowa i obwodu, Czernichowa, Charkowa.
W mieście działa centrum pomocy dla uchodźców na bazie wydziału spraw socjalnych miasta. Mają zapewnione produkty pierwszej potrzeby, w tym jedzenie czy środki higieniczne. – Pomoc z Polski jest kolosalna, zarówno od firm, jak i od naszych miast partnerskich, zarówno dla cywilów, jak i dla wojskowych. I w poniedziałek w geście podziękowania postanowiliśmy wywiesić przed urzędem polską flagę – mówi Poliszczuk.
Polskie miasta partnerskie Łucka to Lublin, Chełm, Olsztyn, Rzeszów, Toruń, Zamość, Białystok.
We wtorek zarówno w obwodzie wołyńskim, jak i w obwodzie lwowskim w dzień wyły syreny. Czujność była wzmożona po kolejnych atakach w Charkowie, gdzie okupanci zniszczyli w tym drugim co do wielkości mieście Ukrainy już 600 budynków mieszkalnych i w Kijowie, gdzie zaatakowali bloki mieszkalne w dzielnicach Swiatoszyn i Padół.
Czytaj też:
Mateusz Morawiecki pokazał zdjęcia z wizyty na Ukrainie. „To dlatego jesteśmy w Kijowie”
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
