„Ukraina napadła na Rosję” – grzmiał (bo przecież nie informował) na pierwszej stronie serbski dziennik „Informer”. To było 22. lutego. Dwa dni przed rosyjską agresją na Ukrainę, tuż po uznaniu przez Władimira Putina niepodległości donbaskich „republik ludowych”.
Dla Zachodu nagłówek był szokujący, ale wpisywał się w dominującą w Serbii medialną narrację dotyczącą wojny. W kolejnych tygodniach tamtejsze tabloidy wielokrotnie powielały rosyjską propagandę, pisząc o „operacji specjalnej” i wyolbrzymiając znaczenie każdego udanego posunięcia najeźdźców. Realizujące rządową agendę media, utwardzały wśród Serbów prorosyjskie sentymenty.
Ulicami Belgradu przeszły marsze poparcia dla wojny. Później widziane też w Dreźnie czy Berlinie, ale tam nie idące w parze z polityką rządu. Tymczasem Serbia – będąca oficjalnie kandydatem na państwo członkowskie UE – nie tylko nie przyłączyła się do zachodnich sankcji, ale nawet nie potępiła rosyjskiej agresji.
– Polityka zagraniczna Serbii to gra na czterech fortepianach. Balansują między USA, Unią Europejską, Chinami a Rosją. Napaść na Ukrainę mocno utrudniła grę na tym ostatnim, bo pojawiła się presja pozostałych partnerów – mówi Jakub Bielamowicz, analityk ds. Bałkanów z Instytutu Nowej Europy.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.