Perły do lamusa? - Żel dla blondynki

Perły do lamusa? - Żel dla blondynki

Dodano:   /  Zmieniono: 
"Sposób na blondynkę", naruszając wszelkie granice dobrego gustu, ma wywołać dziki, wyzwolony z rygorów przyzwoitości śmiech
Tomasz Raczek: - Panie Zygmuncie, mamy odpowiedź Hollywood na popularne żarty o blondynkach, w których przedstawiane są one jako głupie, choć ładne osóbki. Tymczasem Cameron Diaz w "Sposobie na blondynkę" jest dziewczyną nie tylko pociągającą, ale też inteligentną, a więc naprawdę wartą zachodu, co potwierdzają wszyscy ubiegający się o nią bohaterowie tego filmu.
Zygmunt Kałużyński: - Oni sami natomiast przedstawieni są w sposób tak farsowo-groteskowy, jak już dawno się nie widziało. Komedia ta ma wyjątkowe powodzenie w Ameryce, chociaż jest nieprawdopodobnie nieprzyzwoita. Na przykład taka scena: zakochany w naszej blondynce główny bohater, zaproszony przez nią na kolację, przychodzi elegancko ubrany, ale wstępuje jeszcze do ubikacji, by się uporządkować; tam oddaje mocz i widzi przez okno, jak ona się ubiera; dostrzega, że ona też na niego patrzy; lękając się, by nie być posądzonym o to, że się zaspokajał, widząc ją w oknie, zatrzaskuje sobie zamkiem w rozporku genitalia w sposób tak fatalny, że trzeba wezwać policję, straż i wreszcie pogotowie, aby go odwieźć i zrobić operację pozwalającą uwolnić delikatne części z tego potrzasku.
TR: - W tym momencie w kinie usłyszałem jęk, wydawany przez wszystkich mężczyzn - po prostu na widok takiej sceny każdego faceta musi zaboleć... Trzeba też jasno powiedzieć, że wydarzenie to sfilmowano w sposób jawnie groteskowy: tak naprawdę śmieszyć ma nie samo przycięcie genitaliów suwakiem, lecz to, jak reagują na ten fakt kolejne osoby, które przychodzą do łazienki, by przyjrzeć się temu zjawisku.
ZK: - A po nich tymi, którzy to widzą, jesteśmy my, widzowie. Wie pan, że hollywoodzcy specjaliści od komizmu opracowali skalę humoru. Zaczyna się od chichotu - to jest stopień pierwszy. Drugi stopień to śmiech serdeczny. Trzeci - śmiech szalony. Czwarty to ryk śmiechu. Ta komedia należy do czwartej grupy, więc trzeba uważać, bo można nawet umrzeć ze śmiechu. Arystoteles, pierwszy teoretyk sztuki, opisuje niejakiego Prokrosa, który na widok osła skonał ze śmiechu. W sposób jaskrawy naruszając wszelkie granice dobrego gustu, zrobiono wszystko, żeby nas zabawić za pomocą dzikiego, nieprzytomnego, wyzwolonego z rygorów przyzwoitości ryku.
TR: - Ale czy na pewno, panie Zygmuncie? Wydaje mi się, że amerykańskich komedii w złym guście mieliśmy w ostatnich latach bardzo dużo i nawet już do nich przywykliśmy (przypomnę tylko większość filmów z Jimem Carreyem). One rzeczywiście były takie, jak pan mówi. Ale "Sposób na blondynkę" jest znacznie bardziej finezyjny i przewrotny. Nawet sceny ekstremalne nie są tu trywialnie dosadne, lecz raczej nonsensownie abstrakcyjne, co sprawia, że wcale nie ocierają się o zły gust.
ZK: - Ma pan rację, sytuacja krańcowa może się stać wręcz abstrakcyjna i wtedy przestajemy się zastanawiać, czy to jest świńskie. Mówi pan, że komedie amerykańskie posuwały się już wcześniej do takiego dzikiego humoru. To ja przypomnę panu jeszcze jedną scenę z tego filmu: po latach nasz bohater znowu ma okazję spotkać swoją ukochaną, wspaniałą blondynkę, ale przyjaciel ostrzega go, że może być tak podniecony, iż owo spotkanie wypadnie niepomyślnie; lepiej, żeby się przed nim sam zaspokoił. On to rzeczywiście robi (wpatrując się w fotografię call-girl), ale do tego stopnia niezręcznie, że to, co zwykle z mężczyzny wychodzi w takiej chwili, rozsmarowuje sobie na głowie i na uchu; w tym momencie zaskakuje go jego ukochana i sądząc, że jest to żel do włosów, bierze troszkę i przenosi na swoje loki; wówczas jej fryzura staje dęba, bo niby męska rzecz ma w sobie siłę... Zapytuję, czy do tej pory w jakiejkolwiek komedii mogliśmy zobaczyć scenę do tego stopnia doprowadzoną do obłędnej abstrakcji - jak to pan nazywa - ale z drugiej strony dotyczącą - szukam słowa, szukam słowa - takiego świństwa?!
TR: - Tylko że w tym filmie nawet świństwo nie wygląda na świństwo. Dopiero, jak pan to opowiada, robi się niezręczna atmosfera. Film pozbawiony jest grubiaństwa, aktorzy nie szarżują, a Cameron Diaz jest naprawdę niesamowita. Reprezentuje typ kobiety, przy której wszystko jest możliwe, wszystko może się zdarzyć i nic nigdy nie ma zabarwienia wulgarnego. Zresztą dziewczyna, którą gra Diaz, sama lubi wpuszczać w maliny swoich adoratorów. Nawet ta scena, którą pan opowiedział, mieści się w granicach absurdalnych żartów, jakie ona opowiada.
ZK: - Tak, ona reprezentuje salonowość, która nigdy nie kompromituje się do końca. To właśnie stanowi szczyt kontrastowego humoru w tej komedii. Taka dziewczyna, tak dobrze wychowana, zestawiona jest z tak jaskrawie naruszającymi poczucie dobrego gustu sytuacjami! Zastanawiałem się jednak, skąd się wzięła ta śmiałość filmu. To jest zapewne rezultat obyczajowej swobody, do jakiej doszła współczesna cywilizacja w Ameryce, co jeszcze parę lat temu byłoby zaskakujące, a kilkanaście lat temu - wręcz skandaliczne. Dzisiaj sprawy dotyczące erotyzmu, różnych nieprzyzwoitych odchyleń i nawet najbardziej wątpliwego wydzielania z punktu widzenia klozetowego weszły tam po prostu do języka potocznego i nawet niektórzy się skarżą, że to się posuwa za daleko. Na przykład te amerykańskie dziewczyny, które w czasie stosunku oglądają telewizję i pytają partnera stylem szpitalnym, czy już osiągnął zaspokojenie. Cała ta cywilizacja, która pozbyła się wszelkich zakazów, tutaj dochodzi do swego krańca w postaci humorystycznej.
TR: - Humorystycznej i antyerotycznej, bo jest to zarazem bodaj najmniej erotyczny film na temat spraw męsko-damskich, jaki widziałem w ostatnich latach. Tu nie chodzi o to, co się dzieje między kobietą a mężczyzną, lecz raczej o to, jak śmiesznie wygląda sperma potraktowana jako humorystyczny rekwizyt.
ZK: - Panie Tomaszu, teraz największa niespodzianka: w gruncie rzeczy ten film jest nieprawdopodobnie sentymentalny! Jest to przecież historia czterech panów usiłujących jak najbardziej tradycyjnie zdobyć pewną panią. To jest także film o prawdziwej, szczerej, namiętnej miłości, którą reprezentuje najbardziej niedołężny, największy partacz z nich wszystkich. Właśnie ten ją kocha! Ten film podsumowuje aktualnie obowiązujący styl w młodzieżowej kulturze sentymentalnej: z jednej strony kompletna swoboda bez żadnych rygorów, a z drugiej - dzika, namiętna miłość. Połączenie ostatniego, wyzywającego, pozbawionego wszelkich hamulców bezguścia ze szczerym, wyciskającym łzy z oczu, wybuchowym sentymentalizmem. To jest ten nowy styl, uprawiany dziś przez amerykańską młodzież.
Więcej możesz przeczytać w 49/1998 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.