„Stabilizacja” od lat panująca w świecie arabskim nie była autentyczna. To była represja. W dodatku wspierana amerykańskimi pieniędzmi. Dlatego dzisiaj tym bardziej powinniśmy pogratulować Egipcjanom odwagi wyjścia na ulice i z uśmiechem powitać koniec stabilizacji.
Politycy lubią stabilizację. Podobnie jak bankierzy. Jednak „stabilizacja", którą od dawna się cieszyliśmy w świecie arabskim, nie była autentyczna. To była represja. Łagodni dyktatorzy, których wspieraliśmy czy przynajmniej tolerowaliśmy (w rodzaju Zine Al-Abidine Ben Alego czy Hosni Mubaraka), rozmaici królowie i książęta trwali u władzy, powstrzymując rozwój gospodarczy, kneblując wolność słowa, ściśle kontrolując edukację, a przede wszystkim zdecydowanie tłumiąc każdy najmniejszy przejaw społeczeństwa obywatelskiego. Co roku więcej książek tłumaczonych jest na grecki – język, którym mówi 11 mln ludzi – niż arabski, którym mówi ponad 220 mln. Rozmaite niezależne organizacje, od partii politycznych i prywatnych firm po ugrupowania kobiece i stowarzyszenia akademickie, są kontrolowane, prześladowane lub w ogóle delegalizowane.
O tym jak Anne Applebaum ocenia masowe protesty w Egipcie - przeczytacie w najnowszym numerze tygodnika "Wprost".