O obu komisjach piszemy w tym wydaniu, natomiast ja chcę zwrócić uwagę na coś innego. Na ważne pytania dotyczące zasad funkcjonowania państwa w kontekście ostatnich wydarzeń. Samorządowcy (niektórzy, będę precyzyjny) apelują do prezydenta Andrzeja Dudy o niepodpisywanie nowelizacji ustawy o regionalnych izbach obrachunkowych. Problem bowiem tkwi w tym, że instytucje kontrolujące samorządowców zyskają nowe, ważne uprawnienia. Wezmą pod lupę gospodarność, celowość wydatkowania pieniędzy przez lokalnych włodarzy. Jeśli im się coś nie spodoba, będą mogły wnioskować do premiera o natychmiastowe zastąpienie samorządowca komisarzem. Nie rozumiem, dlaczego urzędnicy centralni chcą wyręczać mieszkańców w ocenie, czy ich wójt, burmistrz albo prezydent rządzi dobrze. Nie mam na myśli oczywiście przypadków łamania prawa, w szczególności korupcji, od tego są rozliczne służby tropiące nieuczciwych. I bardzo dobrze, patrz punkt pierwszy mojego tekstu dotyczący komisji. Ale oceniając jakość rządów centralnych i lokalnych włodarzy, uważam, że (od lat) lepiej idzie tym ostatnim. I nie rozumiem tej ekspansji Warszawy. Jak daleko w życie lokalnej Polski mają ingerować władze centralne?
W tym miejscu dygresja niezwiązana bezpośrednio z tematem, ale z tolerancją dla małych ojczyzn i ich mieszkańców. Pamiętacie dziewczynkę oburzoną (nie ona jedna) nazwaniem ulicy na cześć matki braci Kaczyńskich, o czym mówiła podczas Dnia Dziecka w Sejmie? Oczywiście miała prawo do oburzenia, tyle tylko, że jeśli mieszkańcy Starachowic chcieli uczcić uczciwego człowieka, urodzoną tam matkę Prezydenta RP, harcerkę Szarych Szeregów, to jakie prawo mają mieszkańcy wszystkich innych miejscowości, aby im tego odmawiać? To brak tolerancji.
Ale wracając do tematu. Pomysł jednego z doradców Ministerstwa Infrastruktury, aby każdy kierowca zdawał co roku egzamin teoretyczny, odbił się głośnym echem. Uzasadnienie: przepisy często się zmieniają, kierowcy nie śledzą nowości i robi się niebezpiecznie. Gdy o tym usłyszałem, najpierw się uśmiałem. Jak podsumowała firma doradcza Grant Thornton, w 2016 r. padł historyczny rekord: w życie weszło 31,9 tys. stron maszynopisu aktów prawnych. I wyliczyła, że gdybyśmy chcieli zapoznawać się z wszystkimi ustawami i rozporządzeniami, musielibyśmy na to przeznaczać 4 godziny i 17 minut każdego dnia roboczego. Posłowie i ministrowie zasypują nas różnymi regulacjami. Teraz pada propozycja egzekucji, na szczęście tylko wiedzy, kierowców. Abstrahując od tego, czy poprawiłoby to bezpieczeństwo na drogach, zwracam uwagę na podejście. A może politycy przyłożyliby się do informowania kierowców o ważnych zmianach w prawie? Państwo ma być przyjazne czy śrubować restrykcje?
Wreszcie, pomysł unijnej dyrektywy, która ma uregulować kwestię urlopów macierzyńskich. Nie rozumiem, dlaczego ktoś w Brukseli uzurpuje sobie prawo do decydowania o funkcjonowaniu rodzin w całej Unii Europejskiej. Nawet na poziomie krajowym mam wątpliwości co do sensowności wymuszania czteromiesięcznego urlopu rodzicielskiego mężczyzn (kobieta traciłaby do niego prawo). Jeśli ma być prorodzinnie, to niech politycy dają wybór: ojciec może wykorzystać cztery miesiące, ale może to zrobić i matka. Temat dyrektywy wypłynął w maju, w ubiegłym tygodniu wrócił, gdy jeden z senatorów protestował przeciwko niej, argumentując, że „mężczyźni przestają być mężczyznami, a kobiety kobietami”. Jak daleko politycy mają ingerować w życie rodzinne Polaków? PS Zwracam uwagę na fragment felietonu Ryszarda Czarneckiego w tym wydaniu: opisuje, jak podczas jednej z konferencji polityk niemiecki przedstawił się jako uchodźca, bo urodził się w Szczecinie. Tak a propos polityki historycznej.
Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App Store i Google Play.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.