Rząd i lekarze skazują nas na najgorszą w Europie służbę zdrowia Rejestr usług medycznych [RUM] nie jest priorytetem rządu" - opowiadał swoim kolegom z klubu SDPL Marek Balicki, minister zdrowia w rządzie Marka Belki, podczas partyjnego spotkania w ośrodku Smolarnia koło Czarnkowa w sierpniu 2004 r. Co ciekawe, właśnie w szpitalu w pobliskim Czarnkowie dziesięć lat wcześniej wdrożono pilotażowy projekt RUM, czyli system, który pozwalał kontrolować, jakie usługi medyczne, za ile i dla kogo świadczy szpital korzystający z publicznych pieniędzy, jak gospodaruje sprzętem i lekami. I stał się cud. RUM ukrócił oszustwa i marnotrawstwo, dzięki czemu wydatki budżetu (czyli podatników) na świadczenia medyczne w ZOZ w Czarnkowie zmniejszyły się o 30 proc., o 20 proc. spadły wydatki na refundację leków, a kolejki do lekarzy zniknęły. Gdyby wyniki uruchomionych w 1994 r. pilotażowych programów RUM (w Czarnkowie i Dęblinie) miały się potwierdzić w skali kraju, to z 30 mld zł wydawanych rocznie z kasy państwa na służbę zdrowia zaoszczędzilibyśmy aż 6 mld zł!
Nawet ostrożne szacunki wskazują, że dziś budowa skomputeryzowanego RUM, który pozwoliłby Ministerstwu Zdrowia i NFZ kontrolować obieg publicznych pieniędzy w systemie służby zdrowia, przyniosłaby 2-3 mld zł oszczędności rocznie. Koszt budowy centralnego banku danych wyniósłby około 500 mln zł. Jaka inna inwestycja mogłaby się zwrócić najpóźniej w pół roku?
Minister Balicki słowa jednak dotrzymuje i robi, co może, by RUM nie powstał w najbliższej przyszłości. Od kiedy Balicki pojawił się w rządzie Belki, prace nad stworzeniem systemu, które w ramach programu offsetowego realizowały spółka zależna amerykańskiego koncernu Lockheed Martin, Prokom i ComputerLand, stanęły w miejscu. - Otrzymałem list z 11 stycznia 2005 r. od ministra zdrowia, w którym wycofał on poparcie dla projektu RUM realizowanego w ramach programu offsetowego. W konsekwencji projekt ten po dokonaniu odpowiednich kroków proceduralnych zostanie wycofany z programu - mówi "Wprost" Michał Kleiber, minister nauki i informatyzacji oraz szef komitetu offsetowego (podobny list otrzymał wicepremier i minister gospodarki Jerzy Hausner). Resort zdrowia i NFZ chcą teraz same tworzyć RUM, integrując poszczególne systemy funkcjonujące w dawnych szesnastu kasach chorych. Są one nieszczelne i niekompatybilne z sobą, więc dziwaczna historia (nie)powstawania RUM wydłuży się z obecnych dziesięciu lat o jeszcze kilka. Zamiast lepiej wydawać dostępne pieniądze, politycy załatają dziurę w budżecie NFZ, podwyższając po raz kolejny składkę na ubezpieczenie zdrowotne, która wzrosła już do 8,5 proc. naszych pensji.
Kto nie lubi RUM
- Za dużo mówi się o kontrolnej roli RUM, który przede wszystkim powinien służyć do zbierania informacji. W ogóle nie bardzo sobie dziś wyobrażam oszczędności w polskiej służbie zdrowia - mówi "Wprost" prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Konstanty Radziwiłł. Lekarze i koncerny farmaceutyczne od lat de facto sabotują powstanie RUM. Jak ujął to w rozmowie z nami Radziwiłł, wprowadzenie systemu oznaczałoby dodatkowe obowiązki sprawozdawcze dla lekarzy, a to musi być powiązane z "pewnym interesem" dla nich (najwyraźniej kontrakty z NFZ i dostęp do publicznej kasy to zbyt mały interes).
Naprawdę RUM utrudniłby m.in. korumpowanie lekarzy przez handlowców koncernów farmaceutycznych, gdyż pozwoliłby wykrywać nietypowe zjawiska w całym kraju. NFZ mógłby dostrzec, którzy lekarze przepisują dany lek częściej niż inni, i sprawdzić zasadność wydawanych recept. Na przykład trudniej byłoby wystawić emerytowi kilkanaście "lewych" recept na viagrę, które pacjent - dla zmylenia NFZ - realizuje w różnych województwach, a potem sprzedaje poszukiwany specyfik znajomym. Jak duże oszczędności dałby RUM, pokazuje przykład przyłapanego niedawno lekarza, który w ciągu pół roku wystawił recepty na leki, których refundacja kosztowała 3 mln zł. Podobnej kontroli poddany byłby obrót lekami refundowanymi w aptekach.
Dokładna rejestracja świadczeń wykonywanych przez szpitale i przychodnie uniemożliwiłaby z kolei zawyżanie kosztów i wyłudzanie z NFZ pieniędzy za leczenie "martwych dusz" lub nieuzasadnione usługi. We wspomnianym ZOZ w Czarnkowie po wprowadzeniu RUM (i to nie elektronicznego, lecz "książeczkowego") znacząco spadła na przykład liczba pacjentów oddziału dziecięcego. W liczącym 30 miejsc oddziale zwykle brakowało łóżek. - Gdy wprowadziliśmy RUM, okazało się, że liczba hospitalizowanych dzieci zmalała pięciokrotnie, więc liczbę łóżek zmniejszyliśmy do piętnastu - opowiada Andrzej Masiakowski, ówczesny dyrektor szpitala w Czarnkowie, w latach 2003-2004 członek zespołu przygotowującego wdrożenie RUM w Ministerstwie Zdrowia. - Rejestr usług medycznych nie jest popularny w środowisku lekarskim, bo jego wprowadzenie oznacza restrukturyzację szpitali i racjonalizację zatrudnienia - mówi Masiakowski. Dodajmy, że po zlikwidowaniu RUM w Czarnkowie w 1998 r. liczba łóżek na oddziale dziecięcym wzrosła znów do trzydziestu.
Miliony w błoto
Gdyby w Polsce kręcono odcinki "Z Archiwum X", jedną ze spraw dla dociekliwych agentów FBI byłaby tajemnicza epidemia, jaka nawiedziła Polskę na przełomie lat 1998 i 1999. Gdy rząd Jerzego Buzka utworzył kasy chorych, w ciągu roku liczba osób trafiających do szpitala - przynajmniej na papierze - zwiększyła się o 1,5 mln (sic!). Możemy się tylko domyślać, jaka była skala nadużyć i ile pieniędzy wyciągnęli z kas chorych lekarze i dyrekcje ZOZ. Systemu, który mógłby temu zapobiec, nie było.
Zgodnie z planem, który opracował nieżyjący już minister zdrowia Jacek Żochowski (SLD), ogólnopolski system RUM miał powstać do końca 1998 r. Miał działać podobnie jak ten w Czarnkowie, gdzie wprowadzono książeczki usług medycznych. Nie był zatem wyszukany pod względem technologicznym, ale miał istotną zaletę: gdyby go wdrożono, funkcjonowałby już od siedmiu lat, umożliwiając bardziej racjonalne wydawanie pieniędzy podatników. Wszystko było przygotowane: książeczki wydrukowano i rozdano połowie ubezpieczonych, działały biura rejestrów. Mimo to 17 czerwca 1998 r. Wojciech Maksymowicz, minister zdrowia w nowym rządzie AWS-UW, jedną decyzją wstrzymał wdrożenie RUM. Maksymowicz argumentował, że zastąpi go elektroniczny system Start (taki, który wdrożono później w Śląskiej Kasie Chorych i który teraz Balicki próbuje rozszerzyć na całą Polskę).
Kontrola NIK w 2000 r. wykazała, że 205 mln zł, które wydano na stworzenie RUM, po decyzji Maksymowicza wyrzucono w błoto, a działania ministra "doprowadziły wręcz do częściowego zatrzymania i dezorganizacji prac (...) mających na celu utworzenie rejestrów wojewódzkich i terenowych". Jak wynika z raportu NIK, w województwach lubelskim i wielkopolskim zlikwidowano działające już biura rejestrów, a także "bardzo sprawnie i efektywnie działający system w byłym województwie bialskim". Gorzej, że Maksymowicz zamiast obiecanego elektronicznego rejestru zafundował nam także totalny chaos.
Przetarg bez przegranych
W 1998 r. Maksymowicz unieważnił wygrany przez informatyczną spółkę Kamsoft przetarg na budowę RUM, który sam ogłosił jako minister zdrowia, tłumacząc, że lepiej będzie, jeśli każda kasa chorych sama wybierze wykonawcę RUM na swoim terenie. Pomysł był bezsensowny, bo oznaczał porzucenie idei stworzenia spójnego banku danych, gromadzącego i przetwarzającego informacje z całej Polski. Zamiast tego powstało wiele systemów "dzielnicowych", a oddziały NFZ (dawne kasy chorych) do dziś nie mogą wymieniać informacji między sobą; nie ma więc możliwości analizy ogólnopolskich danych.
Dziwnym zrządzeniem losu beneficjentem takiego rozwiązania stał się ComputerLand, który - choć przegrał przetarg - podzielił rynek z Kamsoftem (połowę kas chorych obsługiwała jedna firma, a pozostałe - druga). Gdy przeprowadzano przetarg, dyrektorem Departamentu Informatyzacji Ministerstwa Zdrowia był Andrzej Strug. W tym samym czasie Strug był współwłaścicielem firmy Laboratorium Systemów Informatycznych SQLab z Gdańska. Udziały w tej firmie wykupił za 3 mln zł ComputerLand. Było to o tyle dziwne, że SQLab w 1997 r. miał jedynie 100 tys. zł zysku. Jak podawała prasa, gdy unieważniono przetarg, dyrektor Strug wziął urlop zdrowotny w Ministerstwie Zdrowia i jeździł po Polsce, namawiając kasy chorych, by wybrały jednego z uczestników przetargu na wykonawcę RUM. Ciekawe którego?
Déja vu
Niestety, obecnie mamy déja vu, bo poczynania Marka Balickiego w Ministerstwie Zdrowia to niemal kalka działań Maksymowicza. Jeszcze w styczniu 2004 r. konsorcjum RUM IT, zawiązane w ramach programu offsetowego za zakup myśliwców F-16, oraz zespół ekspertów Ministerstwa Zdrowia przyjęły wspólny projekt budowy RUM, zaakceptowany przez resort. Ledwie jednak Balicki przekroczył próg resortu, prace nad wdrożeniem projektu zostały wstrzymane. - Dokumentacja offsetowego RUM ze stycznia 2004 r. liczy trzysta stron i nie zawiera analizy kosztów wdrożenia i utrzymania systemu. RUM proponowany w ramach offsetu miał być finansowany ze środków publicznych, bez przetargu - tłumaczy nam Paweł Sztwiertnia, wiceminister zdrowia. Czyżby minister Balicki chciał zapłacić za RUM z własnych oszczędności? Co więcej, minister nauki i informatyzacji Michał Kleiber poinformował nas, że projekty offsetowe podlegają procedurze przetargowej. Zatem wiceminister Sztwiertnia najwyraźniej mija się z prawdą.
Jak wynika z naszych informacji, konsorcjum RUM IT nie przedstawiło kosztów i swojej oferty cenowej, bo te miały być uzgodnione dopiero w następnym etapie negocjacji. Podobnie nieprawdą jest, że po stworzeniu RUM w ramach offsetu to konsorcjum wykonawców zarządzałoby systemem, a NFZ musiałby płacić mu za każdorazowe udostępnienie danych. Już po wstępnych rozmowach uzgodniono, że powstały RUM przejdzie na własność skarbu państwa wraz z tzw. kluczami informatycznymi; nie postawiono też warunku, by twórcy systemu byli później wybrani do jego serwisowania. Nie ma zresztą znaczenia, kto zbuduje rejestr usług medycznych. Ważne, by system był szczelny i umożliwiał porównanie danych z całego kraju.
Prowizorka Balickiego
- Nie ma po co budować RUM od nowa, skoro działają w Polsce już sprawdzone systemy. To byłoby zaoranie dotychczas wykonanej pracy - uważa Andrzej Sośnierz, do niedawna członek zespołu powołanego do opracowania nowego projektu RUM w kierowanym obecnie przez Jerzego Millera NFZ. Sośnierz, były prezes Śląskiej Kasy Chorych, to jeden z pupilków Balickiego. Minister zdrowia chwali system kart elektronicznych dla pacjentów, wprowadzony przez Sośnierza na Śląsku kosztem 25 mln zł, chociaż nawet jego wykonawca - ComputerLand - uznał go za niedoskonały. Pracownik Ministerstwa Zdrowia twierdzi w rozmowie z nami, że próby uzyskania przez resort kompletnych informacji ze śląskiego oddziału NFZ, zbieranych dzięki tamtejszej wersji RUM, kończyły się fiaskiem.
Balickiemu nie przeszkadza też, że przeciwko Sośnierzowi toczą się postępowania prokuratorskie. W czasie kierowania Śląską Kasą Chorych miał m.in. przyjąć darowizny od koncernów farmaceutycznych na założoną przez siebie Fundację Zamek Chudów. - Gdyby zarzuty były prawdziwe, czy pracowałbym dla ministra zdrowia? - pyta Sośnierz. Co ciekawe, polska prokuratura umorzyła sprawę, ale amerykańska SEC (odpowiednik naszej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd) ukarała za korupcję tych sponsorów fundacji, którzy są notowani na amerykańskich giełdach.
- Projekt RUM brzmi bardzo atrakcyjnie: rejestracja każdego zdarzenia, ogromne oszczędności, wyeliminowanie nadużyć. To jest utopia. Nie trzeba rejestrować wszystkiego, tylko przepływy tam, gdzie są wysokie koszty. I to jest realizowane - mówi Sztwiertnia (w rozmowie z nami określił RUM jako Big Brother). Sęk w tym, że realizowane właśnie nie jest, bo Balicki storpedował nawet rozpoczęty przez swego poprzednika Mariana Czakańskiego plan stworzenia centralnego systemu monitorowania wydatków na refundację leków (jeden z głównych elementów RUM). - Czakański zaakceptował ten projekt 12 lipca 2004 r., trzy dni później nie był już ministrem - opowiada nam urzędnik w Ministerstwie Zdrowia.
Balicki zachowuje się jak właściciel płatnego parkingu, z którego co rusz giną samochody klientów, ale on uparcie nie chce zainstalować kamer za kilka tysięcy złotych, by nie wydawać kilkanaście razy więcej na odszkodowania.
Minister Balicki słowa jednak dotrzymuje i robi, co może, by RUM nie powstał w najbliższej przyszłości. Od kiedy Balicki pojawił się w rządzie Belki, prace nad stworzeniem systemu, które w ramach programu offsetowego realizowały spółka zależna amerykańskiego koncernu Lockheed Martin, Prokom i ComputerLand, stanęły w miejscu. - Otrzymałem list z 11 stycznia 2005 r. od ministra zdrowia, w którym wycofał on poparcie dla projektu RUM realizowanego w ramach programu offsetowego. W konsekwencji projekt ten po dokonaniu odpowiednich kroków proceduralnych zostanie wycofany z programu - mówi "Wprost" Michał Kleiber, minister nauki i informatyzacji oraz szef komitetu offsetowego (podobny list otrzymał wicepremier i minister gospodarki Jerzy Hausner). Resort zdrowia i NFZ chcą teraz same tworzyć RUM, integrując poszczególne systemy funkcjonujące w dawnych szesnastu kasach chorych. Są one nieszczelne i niekompatybilne z sobą, więc dziwaczna historia (nie)powstawania RUM wydłuży się z obecnych dziesięciu lat o jeszcze kilka. Zamiast lepiej wydawać dostępne pieniądze, politycy załatają dziurę w budżecie NFZ, podwyższając po raz kolejny składkę na ubezpieczenie zdrowotne, która wzrosła już do 8,5 proc. naszych pensji.
Kto nie lubi RUM
- Za dużo mówi się o kontrolnej roli RUM, który przede wszystkim powinien służyć do zbierania informacji. W ogóle nie bardzo sobie dziś wyobrażam oszczędności w polskiej służbie zdrowia - mówi "Wprost" prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Konstanty Radziwiłł. Lekarze i koncerny farmaceutyczne od lat de facto sabotują powstanie RUM. Jak ujął to w rozmowie z nami Radziwiłł, wprowadzenie systemu oznaczałoby dodatkowe obowiązki sprawozdawcze dla lekarzy, a to musi być powiązane z "pewnym interesem" dla nich (najwyraźniej kontrakty z NFZ i dostęp do publicznej kasy to zbyt mały interes).
Naprawdę RUM utrudniłby m.in. korumpowanie lekarzy przez handlowców koncernów farmaceutycznych, gdyż pozwoliłby wykrywać nietypowe zjawiska w całym kraju. NFZ mógłby dostrzec, którzy lekarze przepisują dany lek częściej niż inni, i sprawdzić zasadność wydawanych recept. Na przykład trudniej byłoby wystawić emerytowi kilkanaście "lewych" recept na viagrę, które pacjent - dla zmylenia NFZ - realizuje w różnych województwach, a potem sprzedaje poszukiwany specyfik znajomym. Jak duże oszczędności dałby RUM, pokazuje przykład przyłapanego niedawno lekarza, który w ciągu pół roku wystawił recepty na leki, których refundacja kosztowała 3 mln zł. Podobnej kontroli poddany byłby obrót lekami refundowanymi w aptekach.
Dokładna rejestracja świadczeń wykonywanych przez szpitale i przychodnie uniemożliwiłaby z kolei zawyżanie kosztów i wyłudzanie z NFZ pieniędzy za leczenie "martwych dusz" lub nieuzasadnione usługi. We wspomnianym ZOZ w Czarnkowie po wprowadzeniu RUM (i to nie elektronicznego, lecz "książeczkowego") znacząco spadła na przykład liczba pacjentów oddziału dziecięcego. W liczącym 30 miejsc oddziale zwykle brakowało łóżek. - Gdy wprowadziliśmy RUM, okazało się, że liczba hospitalizowanych dzieci zmalała pięciokrotnie, więc liczbę łóżek zmniejszyliśmy do piętnastu - opowiada Andrzej Masiakowski, ówczesny dyrektor szpitala w Czarnkowie, w latach 2003-2004 członek zespołu przygotowującego wdrożenie RUM w Ministerstwie Zdrowia. - Rejestr usług medycznych nie jest popularny w środowisku lekarskim, bo jego wprowadzenie oznacza restrukturyzację szpitali i racjonalizację zatrudnienia - mówi Masiakowski. Dodajmy, że po zlikwidowaniu RUM w Czarnkowie w 1998 r. liczba łóżek na oddziale dziecięcym wzrosła znów do trzydziestu.
Miliony w błoto
Gdyby w Polsce kręcono odcinki "Z Archiwum X", jedną ze spraw dla dociekliwych agentów FBI byłaby tajemnicza epidemia, jaka nawiedziła Polskę na przełomie lat 1998 i 1999. Gdy rząd Jerzego Buzka utworzył kasy chorych, w ciągu roku liczba osób trafiających do szpitala - przynajmniej na papierze - zwiększyła się o 1,5 mln (sic!). Możemy się tylko domyślać, jaka była skala nadużyć i ile pieniędzy wyciągnęli z kas chorych lekarze i dyrekcje ZOZ. Systemu, który mógłby temu zapobiec, nie było.
Zgodnie z planem, który opracował nieżyjący już minister zdrowia Jacek Żochowski (SLD), ogólnopolski system RUM miał powstać do końca 1998 r. Miał działać podobnie jak ten w Czarnkowie, gdzie wprowadzono książeczki usług medycznych. Nie był zatem wyszukany pod względem technologicznym, ale miał istotną zaletę: gdyby go wdrożono, funkcjonowałby już od siedmiu lat, umożliwiając bardziej racjonalne wydawanie pieniędzy podatników. Wszystko było przygotowane: książeczki wydrukowano i rozdano połowie ubezpieczonych, działały biura rejestrów. Mimo to 17 czerwca 1998 r. Wojciech Maksymowicz, minister zdrowia w nowym rządzie AWS-UW, jedną decyzją wstrzymał wdrożenie RUM. Maksymowicz argumentował, że zastąpi go elektroniczny system Start (taki, który wdrożono później w Śląskiej Kasie Chorych i który teraz Balicki próbuje rozszerzyć na całą Polskę).
Kontrola NIK w 2000 r. wykazała, że 205 mln zł, które wydano na stworzenie RUM, po decyzji Maksymowicza wyrzucono w błoto, a działania ministra "doprowadziły wręcz do częściowego zatrzymania i dezorganizacji prac (...) mających na celu utworzenie rejestrów wojewódzkich i terenowych". Jak wynika z raportu NIK, w województwach lubelskim i wielkopolskim zlikwidowano działające już biura rejestrów, a także "bardzo sprawnie i efektywnie działający system w byłym województwie bialskim". Gorzej, że Maksymowicz zamiast obiecanego elektronicznego rejestru zafundował nam także totalny chaos.
Przetarg bez przegranych
W 1998 r. Maksymowicz unieważnił wygrany przez informatyczną spółkę Kamsoft przetarg na budowę RUM, który sam ogłosił jako minister zdrowia, tłumacząc, że lepiej będzie, jeśli każda kasa chorych sama wybierze wykonawcę RUM na swoim terenie. Pomysł był bezsensowny, bo oznaczał porzucenie idei stworzenia spójnego banku danych, gromadzącego i przetwarzającego informacje z całej Polski. Zamiast tego powstało wiele systemów "dzielnicowych", a oddziały NFZ (dawne kasy chorych) do dziś nie mogą wymieniać informacji między sobą; nie ma więc możliwości analizy ogólnopolskich danych.
Dziwnym zrządzeniem losu beneficjentem takiego rozwiązania stał się ComputerLand, który - choć przegrał przetarg - podzielił rynek z Kamsoftem (połowę kas chorych obsługiwała jedna firma, a pozostałe - druga). Gdy przeprowadzano przetarg, dyrektorem Departamentu Informatyzacji Ministerstwa Zdrowia był Andrzej Strug. W tym samym czasie Strug był współwłaścicielem firmy Laboratorium Systemów Informatycznych SQLab z Gdańska. Udziały w tej firmie wykupił za 3 mln zł ComputerLand. Było to o tyle dziwne, że SQLab w 1997 r. miał jedynie 100 tys. zł zysku. Jak podawała prasa, gdy unieważniono przetarg, dyrektor Strug wziął urlop zdrowotny w Ministerstwie Zdrowia i jeździł po Polsce, namawiając kasy chorych, by wybrały jednego z uczestników przetargu na wykonawcę RUM. Ciekawe którego?
Déja vu
Niestety, obecnie mamy déja vu, bo poczynania Marka Balickiego w Ministerstwie Zdrowia to niemal kalka działań Maksymowicza. Jeszcze w styczniu 2004 r. konsorcjum RUM IT, zawiązane w ramach programu offsetowego za zakup myśliwców F-16, oraz zespół ekspertów Ministerstwa Zdrowia przyjęły wspólny projekt budowy RUM, zaakceptowany przez resort. Ledwie jednak Balicki przekroczył próg resortu, prace nad wdrożeniem projektu zostały wstrzymane. - Dokumentacja offsetowego RUM ze stycznia 2004 r. liczy trzysta stron i nie zawiera analizy kosztów wdrożenia i utrzymania systemu. RUM proponowany w ramach offsetu miał być finansowany ze środków publicznych, bez przetargu - tłumaczy nam Paweł Sztwiertnia, wiceminister zdrowia. Czyżby minister Balicki chciał zapłacić za RUM z własnych oszczędności? Co więcej, minister nauki i informatyzacji Michał Kleiber poinformował nas, że projekty offsetowe podlegają procedurze przetargowej. Zatem wiceminister Sztwiertnia najwyraźniej mija się z prawdą.
Jak wynika z naszych informacji, konsorcjum RUM IT nie przedstawiło kosztów i swojej oferty cenowej, bo te miały być uzgodnione dopiero w następnym etapie negocjacji. Podobnie nieprawdą jest, że po stworzeniu RUM w ramach offsetu to konsorcjum wykonawców zarządzałoby systemem, a NFZ musiałby płacić mu za każdorazowe udostępnienie danych. Już po wstępnych rozmowach uzgodniono, że powstały RUM przejdzie na własność skarbu państwa wraz z tzw. kluczami informatycznymi; nie postawiono też warunku, by twórcy systemu byli później wybrani do jego serwisowania. Nie ma zresztą znaczenia, kto zbuduje rejestr usług medycznych. Ważne, by system był szczelny i umożliwiał porównanie danych z całego kraju.
Prowizorka Balickiego
- Nie ma po co budować RUM od nowa, skoro działają w Polsce już sprawdzone systemy. To byłoby zaoranie dotychczas wykonanej pracy - uważa Andrzej Sośnierz, do niedawna członek zespołu powołanego do opracowania nowego projektu RUM w kierowanym obecnie przez Jerzego Millera NFZ. Sośnierz, były prezes Śląskiej Kasy Chorych, to jeden z pupilków Balickiego. Minister zdrowia chwali system kart elektronicznych dla pacjentów, wprowadzony przez Sośnierza na Śląsku kosztem 25 mln zł, chociaż nawet jego wykonawca - ComputerLand - uznał go za niedoskonały. Pracownik Ministerstwa Zdrowia twierdzi w rozmowie z nami, że próby uzyskania przez resort kompletnych informacji ze śląskiego oddziału NFZ, zbieranych dzięki tamtejszej wersji RUM, kończyły się fiaskiem.
Balickiemu nie przeszkadza też, że przeciwko Sośnierzowi toczą się postępowania prokuratorskie. W czasie kierowania Śląską Kasą Chorych miał m.in. przyjąć darowizny od koncernów farmaceutycznych na założoną przez siebie Fundację Zamek Chudów. - Gdyby zarzuty były prawdziwe, czy pracowałbym dla ministra zdrowia? - pyta Sośnierz. Co ciekawe, polska prokuratura umorzyła sprawę, ale amerykańska SEC (odpowiednik naszej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd) ukarała za korupcję tych sponsorów fundacji, którzy są notowani na amerykańskich giełdach.
- Projekt RUM brzmi bardzo atrakcyjnie: rejestracja każdego zdarzenia, ogromne oszczędności, wyeliminowanie nadużyć. To jest utopia. Nie trzeba rejestrować wszystkiego, tylko przepływy tam, gdzie są wysokie koszty. I to jest realizowane - mówi Sztwiertnia (w rozmowie z nami określił RUM jako Big Brother). Sęk w tym, że realizowane właśnie nie jest, bo Balicki storpedował nawet rozpoczęty przez swego poprzednika Mariana Czakańskiego plan stworzenia centralnego systemu monitorowania wydatków na refundację leków (jeden z głównych elementów RUM). - Czakański zaakceptował ten projekt 12 lipca 2004 r., trzy dni później nie był już ministrem - opowiada nam urzędnik w Ministerstwie Zdrowia.
Balicki zachowuje się jak właściciel płatnego parkingu, z którego co rusz giną samochody klientów, ale on uparcie nie chce zainstalować kamer za kilka tysięcy złotych, by nie wydawać kilkanaście razy więcej na odszkodowania.
Więcej możesz przeczytać w 13/2005 wydaniu tygodnika Wprost .
Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App Store i Google Play.