Policja, agenci, polityczni idioci
Krzysztof Wyszkowski, jeden z założycieli Wolnych Związków Zawodowych na Wybrzeżu, który otrzymał dotyczące go materiały SB, diametralnie zmienił zdanie na temat tego, jak funkcjonowała w PRL opozycja. - Zrozumiałem, że Związek Sowiecki tolerował polską opozycję demokratyczną jako element nacisku na państwa zachodnie. W sferze bezpieczeństwa w PRL panował totalitaryzm i pełna podległość wschodniemu sąsiadowi. Rządziła nami firma KGB, która w różny sposób kształtowała program opozycji. Byliśmy wręcz hodowani przez generałów SB - mówi "Wprost" Wyszkowski. - Kiedy toczyły się obrady "okrągłego stołu", nie miałem pojęcia, że przy stole siedzi polityczna policja, jej agenci i grupa naiwnych politycznych idiotów - dodaje. Spośród tych agentów wymienia pseudonimy poznane w materiałach, jakie otrzymał od IPN: Mecenas, Rybak, Antoni, Szóstka, Maria, Lewandowski.
Nie tylko opozycja była naszpikowana agentami. Z analiz dr. Andrzeja Grajewskiego z kolegium IPN wynika, że w Kościele katolickim donosił co dziesiąty ksiądz. Z teczek dotychczas przejrzanych przez różne zespoły IPN i przez historyków wynika, że agenci mogli stanowić nawet połowę członków Polskiej Akademii Nauk. Podobnie mogło być wśród dziennikarzy.
Ketman i Henryk
Bronisław Wildstein, publicysta "Rzeczpospolitej", w latach 70. lider Studenckiego Komitetu Solidarności, ze zbieranych na niego materiałów SB dowiedział się, że bezpiece nie udało się wprawdzie przeniknąć do twardego jądra opozycji, ale - jak mówi - "skala podłości tych, których zwerbowano, jest przerażająca". Jako przykład podaje Lesława Maleszkę, zidentyfikowanego jako agent o pseudonimie Ketman. - Maleszka nie tylko donosił o tym, co się działo w SKS, ale proponował SB prowokacje, jakie można by przeciwko nam organizować - mówi Wildstein.
Lesław Maleszka wciąż pracuje w "Gazecie Wyborczej", która przewodzi antylustracyjnej kampanii. Tymczasem na stronach internetowych "Gazety" odbywa się w najlepsze dzika lustracja. Internauci, którzy - jak deklarują - widzieli swoje teczki, ujawniają na forum ich zawartość. Jeden napisał, że w dotyczących go aktach występuje agent Wierzba i rozszyfrował go jako znanego profesora prawa, byłego działacza "Solidarności". Poszliśmy tym tropem. Pomógł nam artykuł dr. Sławomira Cenckiewicza z gdańskiego IPN (w piśmie "Arcana" w 2003 r.) na temat działalności agentów SB podczas pierwszego zjazdu "Solidarności" we wrześniu 1981 r. Cenckiewicz napisał, że wśród agentów, którzy byli delegatami na zjazd związku, znalazł się TW Henryk z Torunia, zarejestrowany jako agent SB w lipcu 1981 r. Dotarliśmy do notatki sporządzonej przez SB tuż przed zjazdem. Według niej, agent Henryk, delegat z regionu toruńskiego, był doktorem nauk prawnych na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Ten opis pasuje jedynie do prof. Błażeja Wierzbowskiego, obecnie kierownika katedry prawa rolnego na UMK w Toruniu.
Jeszcze kilka dni temu Wierzbowski był ekspertem komisji śledczej ds. Orlenu. W zeszłym tygodniu zrezygnował z doradzania. W latach 90. prof. Wierzbowski był sędzią Trybunału Konstytucyjnego. W październiku 1998 r., gdy trybunał rozstrzygał, czy ustawa lustracyjna jest zgodna z konstytucją, był jednym z dwóch sędziów, którzy protestowali przeciw tej ustawie i złożyli zdania odrębne. Kiedy jednak lustracja stała się faktem i oświadczenia o współpracy musieli przedstawić także sędziowie TK, złożył rezygnację. Wierzbowski odmówił rozmowy na temat swojej przeszłości.
Robin z Rzeszowa
Stanisław Sikora, dyrektor rzeszowskiej delegatury NIK, w ubiegłym roku nieoczekiwanie złożył wniosek o skreślenie go z listy adwokatów. Został na nią wpisany jeszcze przed wejściem w życie ustawy lustracyjnej. W archiwach przejętych po Służbie Bezpieczeństwa są dokumenty świadczące o tym, że Sikora został zarejestrowany jako tajny współpracownik Robin. Werbując go, SB miała użyć szantażu obyczajowego. - Złożyłem w swoim czasie stosowne oświadczenie. Istnieją odpowiednie procedury. Nie mam nic więcej do powiedzenia - oświadczył "Wprost" Sikora. Ujawnienie materiałów dotyczących TW Robina może się okazać na Podkarpaciu sporym wstrząsem. Sikora jest bowiem nie tylko sympatykiem prawicy, ale ma też na koncie liczne sukcesy w pracy w NIK, m.in. wykrycie nieprawidłowości przy prywatyzacji Polmosu Łańcut za kadencji ministra skarbu Wiesława Kaczmarka.
Ściśle jawne
Bogdan Borusewicz, działacz gdańskiej opozycji, współtwórca "Solidarności", który widział dotyczące go materiały SB, uważa, że "opublikowanie nazwisk agentów i pracowników Służby Bezpieczeństwa przerwie prowokacje związane z teczkami". W 2003 r. Borusewicz ujawnił pseudonim i nazwisko tajnego współpracownika Służby Bezpieczeństwa Floriana Wiśniewskiego, sygnatariusza porozumień sierpniowych, członka prezydium Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego. Wiśniewski miał pseudonim Albinos. Borusewicz wiedział, że Wiśniewski współpracował z SB już podczas działalności w podziemiu. - Współpracowała z nami wówczas grupa oficerów SB, z Adamem Hodyszem. Informacje o wtyczkach otrzymywaliśmy więc na bieżąco. Lektura akt tylko potwierdziła naszą wiedzę na temat tamtych wydarzeń. I co ciekawe, agenci wcale nie przeszkodzili nam w obaleniu systemu - mówi Borusewicz.
Lech Kaczyński, prezydent Warszawy, współpracownik Komitetu Obrony Robotników, współtwórca "Solidarności", choć od lat opowiada się za pełną lustracją, o swoją teczkę nie wystąpił. - Wiem, że w moim otoczeniu był ktoś, kto na mnie donosił - mam podejrzenia wobec dwóch osób. Z oboma wiążą mnie jednak miłe wspomnienia, więc wolę nie wiedzieć, kto był donosicielem - mówi Lech Kaczyński.
Andrzej Gwiazda, współzałożyciel Wolnych Związków Zawodowych, dawny konkurent Lecha Wałęsy w "Solidarności", nie widział swojej teczki, bo na razie jej nie odnaleziono. Prawdopodobnie, tak jak teczka jego żony, została zniszczona. Z innych teczek dowiedział się jednak, kto na niego donosił. - Każde odkrywane nazwisko agenta wyjaśniało wiele niezrozumiałych dotychczas zachowań i wydarzeń z przeszłości. Poza tym wreszcie upewniłem się, które z podejrzewanych przeze mnie osób naprawdę były agentami - mówi "Wprost" Andrzej Gwiazda. - Wszystkie materiały powinny być ujawnione, bo przecież kuriozalne jest, że w suwerennym państwie pewne dokumenty są jawne dla tych, którzy je tworzyli i służyli bezprawiu, a tajne dla uczciwych ludzi - dodaje Gwiazda.
Zbigniew Fijak, przewodniczący Platformy Obywatelskiej w Krakowie, który otrzymał 1,5 m dotyczących go akt bezpieki, na początku lat 90. był przeciwnikiem ujawniania zawartości archiwów tajnych służb PRL. Zmienił zdanie, kiedy poznał materiały na swój temat. - Z tych akt wynika zupełnie inna historia PRL i początków III RP niż ta, którą do tej pory znaliśmy. Dlatego trzeba opublikować zawartość akt bezpieki - mówi Zbigniew Fijak.
Cezary Gmyz
Tomasz Butkiewicz
Współpraca: Dorota Abramowicz
"Dziennik Bałtycki",
Jarosław Jakimczyk
ZBIGNIEW FIJAK polityk Platformy Obywatelskiej |
---|
Dokumenty zgromadzone przez IPN należy upublicznić: niech to trwa rok, ale niech będzie pełna lista agentów. Dzięki temu skończą się szantaże, teczki przestaną wpływać na naszą rzeczywistość. Nie może być tak, że nie ujawniamy agenta tylko dlatego, że nie ma na to w IPN kompletu dokumentów. Mogą je mieć przecież esbecy, a kopie mogą się znajdować w co najmniej jednym z sąsiednich państw. Powinien zatem powstać rejestr bibliograficzny zasobu archiwalnego, a potem należy go otworzyć przed wszystkimi chętnymi, z wyjątkiem agentów i funkcjonariuszy tajnych służb. W bibliografii byłyby informacje, że w wykazie agentów jest osoba X, są na jej temat takie a takie materiały, a innych brakuje. Trzeba zdjąć z IPN odpowiedzialność za naznaczanie tych dokumentów. Bo prezes instytutu nigdy nie ucieknie od zarzutów, że czegoś nie dopatrzył. |
KLAUS ZIEMER dyrektor Niemieckiego Instytutu Historycznego w Warszawie |
---|
Jakie konsekwencje miało ujawnienie teczek Stasi w Niemczech? Mój przyjaciel z Lipska dowiedział się, że jego brat donosił na niego do Stasi, a wiele żon dowiedziało się, że donosili na nich mężowie. Na początku lat 90. polski pisarz Andrzej Szczypiorski pisał w "Der Spiegel", że to, co się dzieje w Niemczech, jest szaleństwem i na szczęście w Polsce są inne rozwiązania. Kilka lat później ten sam Szczypiorski napisał, że szkoda, iż w Polsce nie zdecydowano się na podobny ruch jak w Niemczech. Zdarzają się u nas pojedyncze tragedie, ale ujawniając akta bezpieki, doprowadziliśmy do oczyszczenia życia publicznego. |
JANUSZ KOCHANOWSKI prezes fundacji Ius et Lex |
---|
Nie chodzi o to, czy, ale jak ujawnić teczki SB. Niektórzy mówią o możliwych wstrząsach, a ja żałuję, że te wstrząsy będą tak małe. Byłyby większe, gdyby ujawnienie archiwów przeprowadzono w latach 90. Zadziałałoby to wówczas oczyszczająco. A teraz? Sprawa Małgorzaty Niezabitowskiej nie doprowadziła do żadnego wstrząsu. Będą co najwyżej dramaty rodzinne, ale przecież powinna istnieć jakaś odpowiedzialność za niegodne czyny. W pierwszej kolejności moglibyśmy prześwietlić takie grupy zawodowe jak dziennikarze, którzy odgrywają w Polsce szczególną rolę. Dobrze byłoby wiedzieć, czy ktoś ich nie zainfekował i czy nie tracimy jednego z filarów i tak przecież słabej Rzeczypospolitej. To samo dotyczy naukowców czy środowiska koś-cielnego. Ujawnieniu teczek powinna towarzyszyć wstępna weryfikacja IPN, ale nie pełna, bo może ona zastopować cały ten proces. |
ANDRZEJ PACZKOWSKI historyk |
---|
Czy opublikować zawartość wszystkich teczek SB w Internecie? Problemem jest to, jakie będzie towarzyszyć temu opakowanie prawnowyjaśniające. Rację mają bowiem ci, jak abp Józef Życiński, którzy zwracają uwagę na ogromne dysproporcje między tajnymi współpracownikami. Kowalski jest piłkarzem i Zidane jest piłkarzem, ale jest między nimi różnica i - jak mawiał pewien polityk - dajcie mi tę różnicę w dolarach. Inaczej należy oceniać kogoś, kto był zarejestrowany ledwie kilka miesięcy i nie był aktywny, a inaczej kogoś, kto wiele lat donosił, szkodził, a nawet inspirował pewne wydarzenia. Opublikowanie wszystkich teczek wywoła raczej głębokie zdziwienie niż szok. Przypomnę, że w wyborach prezydenckich Andrzej Olechowski, który przyznał się do współpracy, zdobył 17,3 proc. głosów. Z kolei poseł SLD Jerzy Szteliga po przyznaniu się do współpracy z tajnymi służbami PRL z wyborów na wybory uzyskał większą liczbę głosów. |
LECH KACZYŃSKI prezydent Warszawy |
---|
Nie wyznaję obowiązującego w pewnych środowiskach poglądu, że zbiory służb specjalnych zawierają w znacznej części kłamstwa. Jest jednak niemożliwe, by w tych ponad 80 kilometrach akt nie było błędów. Istnieje więc ryzyko, że na ujawnionej w Internecie liście znajdą się osoby, które nie mają nic wspólnego z SB. Dlatego należałoby wprowadzić pewne bezpieczniki. Nie mam na razie gotowego mechanizmu, ale jestem przekonany, że od pełnej jawności w tej sprawie nie uciekniemy. Jeśli tego nie zrobimy, narazimy państwo na prowokacje na olbrzymią skalę. Pełna lista agentów w sieci to drastyczne rozwiązanie. To jednak cena, którą musimy zapłacić za zaniechania z początku lat 90. Gdybyśmy wówczas przeprowadzili lustrację, dziś nie mielibyśmy takich problemów. |
Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App Store i Google Play.